Meet me there
In the blue
Where words are not
The feeling remains...
Sunny Day Real Estate "In circles"
Jak wiele musimy powiedzieć,
by nas słyszano,
w chwili gdy milczymy
E.Canetti

Coś dla siebie...

09.09.2007 :: 21:29 | Komentuj (24) |
No cóż... jakby to powiedzieć... trochę zarósł chwastami ten blog ;] Dosyć długo zastanawiałem się o czym miałby być kolejny wpis (pomysłów mi nie brakuje, tyle tylko, że większość z nich wymaga dopracowania, a ostatnio czasu jakby mniej). Tym razem notka będzie krótka (naprawdę! :P). Właściwie od pewnego czasu zaczęła męczyć mnie pewna myśl, którą w telegraficznym skrócie można zawrzeć w słowach: Czas zrobić coś dla siebie.
Uświadomiłem sobie, że od jakiegoś czasu troszkę zapomniałem o sobie, o swoich potrzebach, zainteresowaniach, pasjach, o tym, co przez kilka ostatnich lat zaprzątało mi łebek. Jakoś tak wyszło, że ważniejsze były dla mnie potrzeby innych osób. Nie... wcale nie twierdzę, że to jest zła postawa (bo nie jest). Tyle tylko, że jakoś coraz mniej w tym wszystkim było mnie... "Mnie dla siebie samego...
Dlatego też: wracam do komiksów, do literatury, do kinematografii, do animców, do sesji RPG, do pisania wierszy i opowiadań,  organizowania LARPÓW, poznawania nowych ludzi.
Nie, nie będę się alienował, izolował itd. Nie odwrócę się nagle plecami do całego świata z fochem na ustach. Nie odwrócę się od przyjaciół (z prostego powodu: to są PRZYJACIELE).
Mam kilka rzeczy do zrobienia, chociażby "Aletheia"... i będę starał się dążyć do celu, bo uważam, że warto. Zasadniczo nie zmienię się... raczej zmieni się proporcja między tym, co "dla innych" a tym co "dla siebie".
Zresztą ostatnio jakoś odczuwam taki naprawdę prawdziwy spokój. Pewnie, że są sfery w moim życiu w których chciałbym , żeby się w końcu coś zmieniło. ale może kiedyś się zmieni. A jeśli nie... no cóż...mówi się trudno. W pewnych kwestiach nie warto się za bardzo starać, pewne rzeczy same się dzieją, albo i nie.
Generalnie moje motto życiowe pozostaje bez zmian: "starać się być w miarę porządnym człowiekiem... dobrym człowiekiem"... I mam wrażenie, że jakoś nawet mi to chwilami wychodzi...I cieszę się z tego ;)
Idę poczytać sobie najnowszego "Daredevila" (który NIE JEST GEJEM! :P). Do napisania...Barteczeq jeszcze tu wróci...i to niebawem ;)

Watashi wa ima mo koko ni iru no...czyli refleksje jasnego umysłu ;)

17.09.2007 :: 23:00 | Komentuj (3) |
No i cóż mili Państwo...znowu mam coś do napisania :P... Nie, tym razem nie będzie nic o Daredevilu :D Właściwie to chcę napomknąć o dwóch rzeczach: spokój i czystość umysłu oraz wynikające z tego przemyślenia. Zatem aby nie przedłużać...do dzieła ;)
Wróciłem dziś z treningu... pierwszego treningu... Kendo... i....jestem cholernie zadowolony (użyłbym słowa "szczęśliwy" ale jeszcze się wstrzymam). Zasadniczo...po treningu... poczułem się tak jak kiedyś, dawno temu, gdy ostro trenowałem siatkówkę. Z jednej strony zmęczenie fizyczne, ale z drugiej...taka, jakby to nazwać... bystrość umysłu. Ryjku, masz rację, po takim treningu, to naprawdę chłonność mózgu robi się wieeelka :)...gdybym się musiał teraz uczyć czegoś na egzamin czy cuś to sprawnie by to poszło (ale nie muszę :P) I jakoś ostrość widzenia niektórych spraw wzrasta... pozwala spojrzeć z jakimś takim większym spokojem (może i nawet z pokorą) na pewne kwestie.
I właśnie w związku z owym stanem umysłu (co machanie bokkenem potrafi zrobić z człowiekiem :D) kilka refleksji... takich może niezbyt odkrywczych... właściwie banalnych... ale ważnych.
1. Ludzie często mówią/myślą: "nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi, nikt mnie nie szanuje"... Ja również miewam takie momenty, w których właśnie tak się czuję... ale... jak tak sobie przeanalizuję na spokojnie, to dochodzę do wniosku, że dwa z trzech "postulatów", "tęsknot" zawartych w tym stwierdzeniu, są w moim przypadku spełnione... więc nie jest źle... a to, że pierwsza "tęsknota" jest nieobecna (albo "ukryta" jeszcze przede mną)... no cóż... tak widać ma być... widocznie jestem stworzony do bycia kumplem i czasem przyjacielem. I OK... i wcale nie przeszkadza mi to w tym by obdarzyć Kogoś uczuciem (bo właściwie już sam fakt "obdarzenia" jest dobry). Czasem jest smutno, ale nic się na to nie poradzi... tak bywa. Ufff... no, tyle na ten temat.
2. Kolejne "cudne" hasło: "Nudzi mi się" - tutaj moje stanowcze NIE... jak się zastanowiłem to stwierdzam, że następnym razem jak coś takiego powiem to proszę mnie wystrzelać po pysku :D Przecież jest tyle fajnych rzeczy... tyle ciekawych "hobby"... tyle książek, filmów, treningów, ludzi... do przeczytania, smakowania, przeżywania, uczestniczenia, poznawania.
3. I ostatnia rzecz: tak się kiedyś zastanawiałem co mógłbym wskazać jako swoją zaletę, taką największą... I teraz wiem... wierność... w takim sensie, że nie zapominam o ludziach, jestem wierny w przyjaźni itp. i można (chyba) na mnie polegać. Wiąże się to niestety z moją wadą, czyli czasami zbytnim ufaniem niektórym osobom (które potrafią to wykorzystać... dobrze pamiętam niektóre niezbyt miłe "akcje" z przeszłości)... ale cóż... tak to jest... nie zmienię się w tym względzie... i jakoś straszliwie mnie to nie martwi ;)
Wiem, znowu się rozpisałem... w dodatku znowu jakieś refleksje itd. Na koniec więc... troszkę z innej beczki: kto z Was lubi anime oraz klimaty fantasy (z taką raczej "dark" domieszką) niech zwróci swoją uwagę na serię "Claymore". Szczerze polecam, fajna kreska, świetna muzyka, ciekawa fabuła, interesująco rozwijające się postaci...no i opening i ending (szczególnie niektóre fragmenty tekstu) po prostu kawałek dobrego kina :)
No... kończę...pozdrawiając szczególnie niektórych z Was (Wy już tam wiecie kogo mam na myśli... takie rzeczy można wyczuć... bez słów ;))... Do napisania :)... ale mnie niektóre mięśnie "nawalają" krzycząc "HELP US"....ale... pain is nothing :D... Dobranoc Kochani :)

Nie potrafię...

23.09.2007 :: 01:53 | Komentuj (2) |
Dopadł mnie "dół". To aż nietypowe w moim przypadku. Ale cóż... Niby wszystko fajnie, ale... nie potrafię... nie potrafię przestać czuć... nie potrafię stłumić tego, co pojawiło się kilka miesięcy temu... nie radzę sobie z tym kompletnie... tym bardziej, że wraz z upływem czasu staje się to coraz silniejsze... po prostu nie potrafię... i z jednej strony nawet mnie to cieszy (bo nigdy wcześniej nie czułem w ten sposób, bo to jest prawdziwe), ale z drugiej strony to strasznie czasem boli...

Nie potrafię... przestać...

Ech... może kolejny dzień przyniesie jakieś rozwiązanie... może i dla mnie zaświeci słońce... może... tak bardzo tego chcę, bardziej niż czegokolwiek innego na świecie...
Dobra, już nie smęcę... idę pośnić... bo...

Nie potrafię... przestać... kochać...

Dark Eternal Night ?

23.09.2007 :: 22:13 | Komentuj (2) |
Wiem, ktoś powie, że smęcę itp. Już sobie wyobrażam niektóre komentarze w stylu: "Bartek, nie poznaję Cię". I właściwie trochę byłoby w tym racji. Zdaję sobie sprawę, że większość z Was (osób, które mnie znają) przyzwyczaiła się do takiego a nie innego oglądu mojej persony. Bartek załatwiający to...Bartek pomagający komuś...Bartek wysłuchujący kogoś...
I to jest zasadniczo prawda. Taki jestem. Tyle tylko, że czasem (właśnie ostatnio) mam już dosyć... jestem zmęczony ciągłym dbaniem o wszystko i wszystkich dookoła... szczególnie, że jakoś mam ostatnio wrażenie, że relacja: Ja - otoczenie, nabiera zdecydowanie jednostronnego charakteru. Ile można się starać, pomagać, czuwać, dawać z siebie otoczeniu wszystko, co najlepsze w człowieku...? Wiem, można tak naprawdę długo. Przerabiam ten zaburzony schemat od dobrych kilku lat.
Czasem przychodzi jednak taki moment, kiedy człowiek się gubi, kiedy zaczyna go dopadać taki specyficzny skowyt (jestem świeżo po kolejnej lekturze poematu "Howl" A. Ginsberga), taki krzyk rozpaczy, który mozna zamknąć w słowach: "Ja tu też jestem! Też czuję! Też mam prawo do marzeń!"
Zasadniczo przepraszam czytaczy za ten posępny klimat ostatnich notek... ale tak się czuję. Jestem po prostu rozgoryczony (może i troszkę wściekły), że w zdecydowanej większości przypadków ludzie za czyjeś dobro, troskę, zaufanie odpłacają obojętnością, kpiną, pogardą... Ech... nic na to nie poradzę, ale i tak to straszliwie boli.
Pisząc tą notkę znowu słucham DT "Space Dye Vest" i paradoksalnie, jakoś ten utwór (który od razu przywołuje mi na myśl pewną osobę) trzyma mnie przed całkowitym zagłębieniem się w rozpacz. W tytułową "Dark Eternal Night" (też DT), bo pomimo wszystko w dalszym ciągu...
I have only one dream to defend... jeden jedyny... i tylko to się liczy...tylko to... tylko tego chcę...tylko za tym tęsknię...

Korzenie, Boruwłaski i herbata

26.09.2007 :: 21:00 | Komentuj (3) |
Cóż...dzisiaj będzie krótko (no może nie aż tak bardzo ;]). Generalnie mój nastrój w dalszym ciągu można określić jako zdecydowanie marny... ale coś chyba drgnęło in plus. I całe szczęście...
Właściwie to chciałbym się podzielić taką jedną malutką refleksją. Czasami wystarczy jedna rozmowa, żeby tak trochę się człowiek "odrodził". Zwykła rozmowa, najlepiej z kimś kogo się właściwie nie zna. Niekoniecznie poruszająca jakieś wydumane, egzystencjalne kwestie. Po prostu rozmowa, trochę o pierdołach, trochę bardziej na serio. Wymiana myśli, poglądów. Życzliwa i sympatyczna konwersacja między dwojgiem ludzi. Taka chwila gdy dwie osoby skupiają się nawzajem na sobie, a właściwie na tym, co mają do powiedzenia, podchodząc do siebie z uśmiechem na twarzy i życzliwością w sercu.
Właśnie coś takiego mi dziś pomogło. Takie fajne spędzenie czasu na rozmowie z drugim człowiekiem (inna sprawa, że jesteśmy na siebie skazani w pewnym sensie, ale cóż...jakoś trzeba sobie radzić ;]). No i Józef Boruwłaski...zaintrygowała mnie ta postać...niezwykła, tragiczna postać oświeceniowego karła (ciekawe czy ktoś z czytaczy wie kto zacz? Ja, przyznaję się bez bólu, dopiero dziś o nim usłyszałem;)). Taka ciekawa rzecz (Agnieszko, dzięki za pasjonującą historię ;)).
W każdym razie jakoś tak mi się troszkę lepiej zrobiło. Pewnie, że nadal chciałbym żeby... no... żeby na moim niebie coś zaświeciło. Straszliwie tego pragnę, tęsknię za tym. Ale mam, niewielką, nadzieję, że może w końcu coś dobrego mnie spotka. Będę czekał, czekałem na to tak długo, praktycznie całe swoje życie, że jeszcze troszkę mogę poczekać. Chcę o to walczyć...
Przechodząc do meritum: dawno nie opublikowałem żadnej swojej próbki poetyckiej (w tym miejscu uśmiech do Pani "Madame" - dzięki za miłe słowa, chociaż me wypociny liryczne raczej z ideałem niewiele mają wspólnego ;] Ale cieszę się, że Ci się podobają, że jakoś do Ciebie trafia ta moja pisanina :) Świadomość, że ktoś to czyta i przeżywa po swojemu to naprawdę miłe uczucie). Dlatego też dzisiejszą notkę zakończę wierszem:

"Korzenie"

Naderwany liść
Wygięta gałązka
Złamana łodyga
Mszyca buszująca
po roślinie

Ogrodnik - Pielęgniarz
Opiekun
Ten Który zawsze był

Bądź
Pilnuj
Ulecz

Usychający kwiat
Zdeptany krzak
Przegniły owoc
Krzew uwięziony
wśród chwastów

Milczący lekarz
Obserwator
Ten który zawsze jest

Jesteś
Doglądaj
Spraw

Co zrobi ogród
Gdzie będą rośliny
Gdy zacznie rozkładać się korzeń

Zatroskanego Ogrodnika
Cichego Człowieka
Tego który zawsze będzie


Nie jest to chyba najlepszy mój wiersz, ale w jakiś sposób ważny. Szczególnie w kontekście ostatnich kilku dni. Jak zwykle życzę Wam ciekawych wrażeń estetyczno-intelektualnych (i emocji, niczym nie skrępowanych emocji) i zapraszam do komentowania. Do następnego razu :)

P.S. Nawiązując do Konfucjusza (którego sentencje pojawiły się w komentarzu do poprzedniej notki), taki malutki cytacik z Lu T'unga: "Nie jestem zainteresowany nieśmiertelnością; liczy się tylko smak herbaty" ;)