Meet me there
In the blue
Where words are not
The feeling remains...
Sunny Day Real Estate "In circles"
Jak wiele musimy powiedzieć,
by nas słyszano,
w chwili gdy milczymy
E.Canetti

Luinnar The Great, czyli wszystkiego najlepszego! :)

02.07.2007 :: 00:00 | Komentuj (2) |
Jak w tytule notki. Dzisiaj urodziny Luinnara, jednej z najbliższych mi osób. Nie, nie będę się rozpisywał (bo jakoś tak dosyć trudno wyraża mi się swoje odczucia względem istotnych ludzi w moim życiu ;))... Ok... zatem krótko... Mateusz, życzę Ci tego wszystkiego, czego sobie życzysz :) I dziękuję Ci za Twoją pasję twórczą, za taki entuzjazm, za "ogień, który buduje, a nie niszczy", który nosisz w sobie... za to, że mnie tym skutecznie zaraziłeś :) A przede wszystkim za te kilka rozmów (czasem króciutkich) dzięki którym mogłem sobie uzmysłowić kilka bardzo ważnych rzeczy (mam nadzieję, że kiedyś i ja, stary dziad ;) będę potrafił się odwzajemnić tym samym). Ech... w sumie to nie wiem co pisać... ale Ty pewnie wiesz o co mi chodzi :) O taką nić porozumienia, zrozumienia, o takie Wielkie Coś, które powszechnie bywa nazywane przyjaźnią...:) Wszystkiego najlepszego :)

A poniżej tekst utworu "Soulshine"...nie tylko dla Mateusza...dla Was wszystkich... taki pozytywny tekst (a jak ktoś lubi bluesowo-rockowe klimaty to muzyka też powinna się spodobać) :)

Warren Haynes "Soulshine"

When you can't find the light
That guides you through a cloudy day
When the stars ain't shining bright
And it feels like you've lost your way
When those candle light of home
Burn so very far away
Well you got to let your soul shine
Just like my daddy used to say

He used to say the soulshine
It's better than sunshine
It's better than moonshine
Damn sure better than rain
Hey now people don't mind
We all get this way sometimes
Got to let your soul shine
Shine 'til the break of day

I grew up thinkin' that i had it made
Gonna make it on my own
Life can take the strongest man
And make him feel so alone
Now and then i feel a cold wind
Blowin' through my aching bones
I think back to what my daddy said
He said, boy, in the darkness before the dawn

He used to say the soulshine
It's better than sunshine
It's better than moonshine
Damn sure better than rain
Hey now people don't mind
We all get this way sometimes
Got to let your soul shine
Shine 'til the break of day

Sometimes a man can feel this emptiness
Like a woman has robbed him of his very soul
A woman too, god knows, she can feel like this
But hey, when your world seems cold
You got to let your spirit take control

He used to say the soulshine
It's better than sunshine
It's better than moonshine
Damn sure better than rain
Hey now people don't mind
We all get this way sometimes
Got to let your soul shine
Shine 'til the break of day

P.S.1 Rzucam palenie...:) Będzie ciężko bo rakotwory towarzyszą mi od 11 lat, ale... dam radę... muszę... chcę coś sobie udowodnić... i mam w końcu dobrą motywację...obiecałem Komuś i dotrzymam słowa :) (ale pilnujcie mnie, proszę ;))
P.S.2 Wiecie, stwierdzam, że wino, szczególnie domowej roboty, bywa czasem zdradliwe :D Luinnarze, Przemku, Ryjku: pokłony dla Was ;)
P.S.3 Składać życzenia Luinnarowi! :P
P.S.4 Z góry uprzedzam czytaczy, że przez jakiś czas może nie być nowych notek (chociaż być może coś skrobnę o książkach), bo obecnie przez najbliższe dni tworzę mejlo-bloga dla Jednej Osoby... ;)
P.S.5 Zdałem sobie sprawę, że można tęsknić za Kimś tak fajnie, pozytywnie, pięknie :)
P.S.6 I jeszcze bardzo ciepła myśl dla przebywających obecnie na Wyspach "oculorum bellorum" :) Pozdrawiam Światełko ;*
P.S.7 Dobra, kończę (idę spać, bo przez najbliższe dni jestem w zastępstwie kierownikiem biblioteki, czyli podpisywanie papierów, podejmowanie decyzji, kierowanie zespołem pracowniczym... ufff... ciężkie i odpowiedzialne zadanie...;)) Barteczek mówi: Dobranoc :)

Meet me here in the blue, czyli Jonathan Mewa nadchodzi :)

06.07.2007 :: 22:29 | Komentuj (0) |
Witajcie... troszkę się zmienił ten blog ;) Dosyć czerni, mroku i innych takich ekscesów :D Błękit i Mewa (Jonathan Mewa - moje alter ego?)... Mewa... taki symbol niczym nie skrępowanej wolności, radości i szczęścia, wypływających z najgłębszych zakamarków tego, kim jesteśmy (lub chcemy być)... "Mewa", czyli magiczna książka napisana przez Richarda Bacha. Powieść (a właściwie taka nowelka), którą przeczytałem w swoim życiu z pewnością ponad 20 razy, która zawsze dodawała mi sił, pozwalając spojrzeć na moją (i nie tylko) egzystencję w jakiś taki wyciszony, przepełniony spokojem sposób.

Dzięki "Mewie" potrafiłem się dokopać w swoim małym rozumku do takiej, głęboko skrywanej porcji mądrości (niewielka to porcja, raczej porcyjka, ale ważne, że coś tam jest ;)), która niejako wyznaczała mi kierunek mojej nieustającej wędrówki. Jonathan Mewa (który żyje w każdym z nas - jestem tego pewny jak mało czego na świecie) stał się dla mnie kimś więcej aniżeli tylko interesującym i wzruszającym bohaterem literackim pojawiającym się w świetnej opowieści. Stał się symbolem, przewodnikiem, personifikacją tego wszystkiego w co wierzyłem, wierzę i będę wierzył (co ciekawe wpływ Jonathana najbardziej odczuwałem w chwilach zwątpienia, ale tak chyba jest zawsze z jakimiś istotnymi odczuciami, ideami - najbardziej ujawniają się nam wtedy, gdy staramy się poddawać je w wątpliwość, negować, zapominać o nich, odwracać się do nich plecami; na tym, moim zdaniem, polega ich siła, siła Jonathana Mewy, największa iluminacja pojawia się tam, gdzie zapadły nieprzeniknione ciemności).

I znowu się rozpisałem, cholerka :D W każdym razie polecam Wam "Mewę"... raptem 30 minut lektury, a korzyści z niej płynące, często nieocenione :) Zresztą wiem, że nie jestem odosobniony w mym uwielbieniu tej książki (z moich "Librarianowych" obserwacji wynika, że bardzo często zdarza się tak, że jeśli ktoś raz wypożyczy "Mewę" to zazwyczaj po jakimś czasie wraca i pożycza ją znowu... i znowu ).

Hmmm... pewnie zauważyliście kategorię "Jonathan Mewa powiedział:..." No właśnie, wymyśliłem sobie, że wykorzystam niniejszą postać do stworzenia takiego Bartkowego przeglądu (opisu, refleksji, rozważań, skojarzeń itp.) pewnych pojęć, terminów, które przewijają się stale przez nasze życie (przykładowo: przyjaźń, rodzina, strach, wolność, zaufanie, miłość, władza, gniew itp.) Już wkrótce pierwszy wpis w tej kategorii, zacznę od swoich wynurzeń (obiecuję, że nie będę za bardzo szalał ;)) dotyczących "muzyki". Mam nadzieję, że spodoba Wam się ten mój pomysł... Liczę na ciekawą wymianę poglądów :)
Hmmm... to chyba tyle na dziś :) Do napisania...

P.S.1 Dzięki serdeczne dla Luinnara za rozświetlenie i uporządkowanie tego bloga :)
P.S.2 Uśmiechy dla tych, co wiedzą, że to dla nich (a dla tych co nie wiedzą, to niech się dowiedzą, że dla nich także) :)
P.S.3 Światełko, dobrze i miło spędzaj czas na ziemiach Albionu :) I sprawdź pocztę ;) Ciepła myśl leci w Twoją stronę (jak mewa) ;*
P.S.4 Jeszcze króciutki cytat z utworu Comy, który świetnie pasuje do Jonathana Mewy: "Rozpiąć skrzydła i frunąć nie zważając na strach"... frunąć jak najwyżej...:)

Solenizancie - Szpajku :)

17.07.2007 :: 17:45 | Komentuj (1) |

Jacek!!! Wszystkiego najlepszego! :)




Ech bardzo się cieszę, że było mi dane spotkać na swojej drodze kogoś takiego jak Ty :) Czasami mam szczęście (bardzo czasami, ale jak już jest to można je z dużej litery pisać) ;) Jestem dumny, że mogę Cię nazywać swoim przyjacielem...ech cholerka palce na klawiaturze mi się plączą ;) Przyjmij jeszcze raz najlepsze życzenia od Barteczka :)

... Muzyka

17.07.2007 :: 18:19 | Komentuj (0) | \"Jonathan Mewa powiedział:...\"

Uff obiecywałem, obiecywałem i w końcu się zebrałem i piszę, inaugurując kategorię wpisów "Jonathan Mewa powiedział..." :) Dzisiaj chciałbym (a właściwie to Jonathan chciałby ;)) napisać kilka słów o "muzyce". Nie... nie obawiajcie się...wpis nie będzie długi (już wyobrażam sobie Waszą radość i gromkie okrzyki "Taaak! Nie zamęczaj nas zbyt dużą porcją zdań wielokrotnie złożonych!" :D)...raczej taki sygnalizujący pewną problematykę związaną z omawianym przez Pana Mewę pojęciem.
Hmmm...w sumie to o muzyce powiedziano już bardzo wiele (baaardzo)... no i wbrew pozorom Barteczek (ekhmm...znaczy Jonathan) nie zawsze potrafi (czuje się na siłach) rozpisywć się barokowo i kwieciście. Dlatego też przedstawiam Wam cytat z mojego ukochanego E. Canettiego, który idealnie charakteryzuje samo pojęcie "muzyki" jak również wpływ tejże na słuchaczy, umiejscawiając ją w kontekście społeczno-cywilizacyjno-egzystencjalnym (no teraz to poleciałem jak za starych, dobrych filozoficznych czasów :D). Oto przemyślenia Pana Eliasa:

Muzyka jest choćby dlatego najlepszą pociechą, że nie tworzy nowych słów. Nawet jeśli skomponowano ją do tekstu, jej magia przeważa i zażegnuje niebezpieczeństwo słowa. Ale najczystsza jest wtedy, gdy się ją gra tylko dla niej samej. Zmusza do bezwzględnej wiary, jej bowiem zapewnienia pochodzą od uczuć. Przepływ muzyki jest swobodniejszy aniżeli cokolwiek innego, co leży w ludzkich możliwościach, i w tej swobodzie zawarte jest wyzwolenie. Im zaludnienie ziemi staje się gęstrze i im bardziej formy życia nabierają charakteru maszyn, tym trudniej będzie się obejść bez muzyki. Nastanie taki czas, kiedy tylko dzięki niej będzie można wyzwolić się z gęstej sieci funkcji. Stworzenie z muzyki potężnego i nie podlegającego wpływom pojemnika swobody powinno stanowić najważniejsze zadanie przyszłego życia duchowego. Muzyka jest prawdziwą i żywą historią ludzkości. Poza nią mamy tylko martwe elementy. Nie trzeba z niej czerpać, jest bowiem zawsze w nas samych. Wystarcza tylko skromnie słuchać tego, czego zazwyczaj uczymy się nadaremnie.

Nie...nie oczekujcie mojej interpretacji tego cytatu. Niech zostanie tak jak jest (często interpretacje mają to do siebie, że straszliwie redukują zawartość treściową interpretowanego tekstu)... poza tym nie będę się wymądrzał (guptok ze mnie, więc lepiej zasznurować buźkę... albo ręcę związać :D)... każdy z Was odczyta te słowa Canettiego tak jak chce, indywidualnie i niepowtarzalnie. Oczywiście zachęcam do komentowania i dyskusji :)

I jeszcze takie dwie malutkie refleksje Jonathana Mewy: rzeczywiście, jakoś utwory instrumentalne (najlepiej dłuuugie i rozbudowane) mają to "coś", nie są "skażone" ludzkim głosem (np. taki growling potrafi w niektórych przypadkach rozwalić zupełnie klimat), słowami (które czasami psują odbiór utworu... no i niejako zawężają nieco ścieżki odczuwania, odczytywania muzyki); i druga sprawa: jak to jest...osobiście uwielbiam słuchać ciężkiej, posępnej, "dołującej" muzyki w momentach kiedy jest mi dobrze...hmmm ciekawe...co o tym sądzicie?

To tyle na dziś Szanowni Czytacze :) Jonathan macha do Was swoimi skrzydłami :)

P.S.1 Trzymajcie kciuki za Światełko (dzięki za nieocenioną pomoc przy przerabianiu tych wszystkich papierzysk ;*) i za mnie, żeby jutro nam dobrze w Sądzie Rejestracyjnym poszło :)

P.S.2 Następny wpis pojawi się pewnie dopiero jak wrócę z Krynicy Górskiej (w sobotę wyjeżdżam). W sumie nie będzie mnie tylko niecały tydzień ale apeluję do niektórych... potęsknijcie tak troszeczkę za malutkim szkieletorkiem ;) Bo ja będę za Wami tęsknił...:)


To, co lubię (Pt. 2)

20.07.2007 :: 16:33 | Komentuj (0) |
Witajcie...nowa notka miała być w sumie dopiero jak wrócę z Krynicy, ale cóż...znowu mnie naszło :P Tak sobie pomyślałem, że zanim pojadę zostawię Wam (chociaż mało Was - Czytaczy i komentarzy brak...weźcie coś skomentujcie no ;P) kolejną porcyjkę wierszy do przeczytania (nie moich! :P). Dzisiaj chciałbym sie skoncentrować na poezji amerykańskiej.
W sumie to jakoś tak wczoraj patrzę na półki z książkami i coś mnie tknęło...i chwyciłem w swoje łapska (łapki raczej :D) "Od Walta Whitmana do Boba Dylana. Antologię poezji amerykańskiej" Stanisława Barańczaka. Otworzyłem, a tam dedykacja od mojego wychowawcy - polonisty, którą napisał mi na zakończenie liceum (jejku, to było tak dawno, że już prawie nie pamiętam :D 7 czerwca 1999 roku). Jakoś tak mi się przyjemnie zrobiło jak czytałem tą dedykację od Pana Krzysztofa Płatka (znakomitego polonisty i świetnego faceta), najbardziej utkwiły mi w pamięci takie dwa fragmenty: "z życzeniami samych sukcesów w przyszłym (oby artystycznym) życiu" oraz "Również w podziękowaniu za myślenie Zbigniewem Herbertem, który najpierwszym ci u nas artystą" Hmmm...no z tego artystycznego życia to niewiele wyszło (no chyba, że potraktujemy to jako taką metaforę, bo w sumie każdy człowiek jest w pewnym sensie artystą w swoim życiu; to coś w stylu malarza (człowiek) z pędzlami i paletą (ludzkie działania) przed sztalugą (życie)), nie poszedłem w ślady ojca i nie zostałem aktorem (i dobrze, mniejsza o to dlaczego), nie będę też znanym wokalistą prog-metalowym (tu akurat szkoda, bo naprawdę był potencjał muzyczny). Ale tak to bywa (jestem bibliotekarzem i się z tego cieszę...wiem, że się do tego zawodu nadaję, że mam predyspozycje ku temu).
 Piszę to notkę (spokojnie niecierpliwcy, niebawem przejdę do meritum, czyli do wierszy ;)), a z głośników płynie w kółko "Vermilion Pt.2" (nie, Slipknot nigdy nie był i nie będzie jednym z moich ulubionych zespołów, ale ten utwór jest genialnie piękny i nie wiem...hmmm... dla mnie to jest taki trochę klucz do Ich twórczości... między innymi dzięki temu kawałkowi mogę napisać, że szanuję i chyba rozumiem tą muzykę) i jakoś tak pasuje do tej mojej dzisiejszej pisaniny (w końcu w tytule tej notki też jest "Pt.2" ;)).
 Dobra, bo znowu gdzieś odlatuję, czas na wiersze. Nie będę się bawił w jakiegoś krytyka literackiego, bo primo: nie jestem nim, secundo: taki krytyk dość często straszliwe głupoty wypisuje, tertio: nie o to przecież chodzi :) Zapraszam do lektury poniższej poezji, bo moim zdaniem te utwory zasługują na uwagę...Aha, może tylko jeszcze dodam, że wiersze Edgara Allana Poe i Roberta Frosta są mi bliskie jeszcze pod jednym względem: kiedyś je śpiewałem (Pablo na pianinie ;))... Pochylcie się nad tymi tekstami...

EDGAR ALLAN POE "Eldorado"

Przypasał broń
I siadł na koń:
"Furda mi gwałt czy zdrada!" -
I ruszył w świat
Czy śnieg, czy grad,
Szukając Eldorada.

Mijają dnie,
Na serca dnie
Wciąż gęstszy mrok osiada;
Siwieje skroń
I słabnie dłoń -
Nie widać Eldorada!

Aż w pewien dzień
Wędrowny cień
Napotkał i powiada:
"Mów, cieniu, jak
Mam znaleźć szlak
Do mego Eldorada?"

"Przez łańcuch gór,
Przez zwały chmur,
Przez twarz księżyca bladą
Pomknij na wskroś -
Tam znajdziesz coś,
Co nazwiesz <Eldorado> !"

ROBERT FROST "Przystając pod lasem w śnieżny wieczór"

Wiem, czyj to las: znam właścicieli.
Ich dom jest we wsi; gdzieżby mieli
Dojrzeć mnie, gdy spoglądam w mroku
W ich las, po brzegi pełen bieli.

Koń nie wie, czemu go w pół kroku
Wstrzymałem: żadnych zagród wokół;
Las, lód jeziora - tylko tyle
W ten najciemniejszy wieczór roku.

Dzwonkiem uprzęży koń co chwilę
Pyta, czy aby się nie mylę.
Tylko ten brzęk - i świst zawiei
W sypiącym gęsto białym pyle.

Ciągnie mnie w mroczną głąb tej kniei,
Lecz woła trzeźwy świat nadziei
I wiele mil od snu mnie dzieli,
I wiele mil od snu mnie dzieli.

ARCHIBALD MACLEISH "Ars poetica"

W wierszu powinno chodzić o dotyk, nie słowo -
Powinien być bezgłośny jak kulisty owoc,

Niemy
Jak stare medaliony, kiedy ich dotkniemy,

Milczący jak mech na kamiennym parapecie,
Polerowanym rękawami od stuleci,

Wiersz powinien nie mieć słów, być taki
Jak szybujące ptaki,

Istnieć bez ruchu w mijających chwilach,
Jak księżyc, gdy się wspina,

Jak jego światło, wyswobadzające
Wplątaną w noc gałązkę po gałązce,

Jak jego blask za zimowymi liśćmi
Znikać, wspomnienie po wspomnieniu, z myśli -

Istnieć bez ruchu w mijających chwilach,
Jak księżyc, gdy się wspina.

Wiersz powinien się równać swemu przedmiotowi
Zamiast być prawdą o nim.

Za całą historię rozpaczy -
Puste drzwi i klonowy liść.

Za miłość -
Schylone trawy i dwa światła nad morzem.

Wiersz powinien nie znaczyć,
Lecz być.

EZRA POUND "Pakt"

Zawieram z tobą pakt Walcie Whitmanie -
Moja niechęć do ciebie trwała już zbyt długo.
Przychodzę dzisiaj jako dorosłe już dziecko,
Które miało za ojca kogoś z zakutym łbem;
Dziś jestem w wieku, kiedy mogę sam zawierać przyjaźnie.
To ty naciąłeś nowego drewna -
Pora coś z niego wyrzeźbić.
Krąży w nas ten sam sok, korzenie mamy wspólne -
Niech więc się zacznie coś dziać między nami.

WILLIAM CARLOS WILLIAMS "Chcę Ci tylko powiedzieć, że"

zjadłem
te śliwki
które były w
lodówce

i które
chciałaś pewnie
zachować
na sniadanie

Nie gniewaj się
tak mi smakowały
były takie słodkie
i zimne

BOB DYLAN "Odpowiedź gwiżdże wiatr"

Ile oddziela nas granic i rzek
Od sensu, który jest w nas?
Ile mórz ujrzy ptak, nim ocali go brzeg
I długi sen w ciszy gwiazd?
Ile jeszcze eksplozji ogłuszy ten wiek,
Tę ziemię zasieków i krat?
Odpowiedź zna wiatr, odpowiedź gwiżdże wiatr,
Odpowiedź, odpowiedź gwiżdże wiatr.

Ile ostrości powinien mieć wzrok,
By dojrzeć niebo zza chmur?
Ile razy słuch złowi czyjś jęk albo szloch,
Nim wreszcie dosłyszy w nim ból?
Ilu jeszcze na zawsze zagłębi się w mrok,
W ten mrok, co w nich samych się wkradł?
Odpowiedź zna wiatr, odpowiedź gwiżdże wiatr,
Odpowiedź, odpowiedź gwiżdże wiatr.

Ile przeminie imperiów i lat,
Nim góry skruszą się w pył?
Ile człowiek znieść może poniżeń i zdrad,
Nim z łaski pozwolą, by żył?
Ile jeszcze zostało mu woli i sił,
By godzić się wciąż na ten świat?
Odpowiedź zna wiatr, odpowiedź gwiżdże wiatr,
Odpowiedź, odpowiedź gwiżdże wiatr.

W.H. AUDEN "Koda"

Z Archeologii da się
wysnuć jeden przynajmniej morał,
a mianowicie, że wszystkie

podręczniki historii kłamią.
Tym, co one nazywają Historią,
nie mamy powodu się chełpić,

jako że jest wytworem
tego, co w nas zbrodnicze:
dobroć jest pozaczasowa

Sporo tych wierszy, ale naprawdę warto je przeczytać (i było warto je wklepać do kompa, chociaż paluszki mi odpadają ;)), każdy z nich coś w sobie ma... jakieś słowo, zdanie, ciekawą konstrukcję, klimat... zawartą w sobie prawdę... To tyle na dzisiaj. Kolejna notka już niebawem... mam kilka przemyśleń, takich raczej poważnych, ale powiedziałem sobie, że napiszę notkę na tarasie hotelu w Krynicy. Ten wpis będzie nosił tytuł: Take me as I am oraz "to, czego nie lubię". Tak więc do napisania...:)

P.S.1 Niby wracam za niecały tydzień, ale...jakoś tak nie chcę za bardzo wyjeżdżać...chociaż może poczytam trochę książek ;)
P.S.2 Zdaję sobie sprawę, że mało kto czyta tego bloga, ale nie zamilknę :D
P.S.3 Do klubowiczów: będę Was miał na oku :D
P.S.4 Do bliskich osób: trzymajcie się kochani, spodziewajcie się jakiegoś mejla albo smsa :)
P.S.5 Światełko... :)
P.S.6 Dobra, idę sprzątać i pakować się...papa...Wiecie... I'm never far...Barteczek mówi: do zobaczenia :)





Dziwne sytuacje i deja vu, czyli urlop w Krynicy - dzień 1 i 2

22.07.2007 :: 21:50 | Komentuj (0) |
Ha... już znowu piszę... cóż za niespodzianka, prawda? ;) Oczywiście nie wycofuję się z mojej wcześniejszej zapowiedzi notki, pisanej na tarasie hotelu, będzie niebawem. Stwierdziłem po prostu, że chcę się z Wami podzielić swoimi wrażeniami z tego mojego wypadu, no i nachodzi mnie trochę przemyśleń, które jakoś tak średnio pasowałyby do zapowiedzianego wpisu, więc spróbuję umieścić je pośród sprawozdania (jakże to brzmi, prawie jak spotkania BARD ;)) z Barteczkowej eskapady do kurortu, uzdrowiska czy jak tam to jeszcze ludzie nazywają, Krynicy Górskiej. Ale lojalnie uprzedzam, że znajdziecie w tej notce szczyptę marudzenia, więc wiecie, czytacie na własną odpowiedzialność (dziwnie na tym laptopie się pisze, z góry przepraszam za potencjalne błędy i niezręczne sformułowania, ale piszę w sumie bez korekty, na tzw. żywioł, raczej bez analizowania i poprawiania po sto razy... i cieszy mnie to (pewnie wiekszość z Was nie bardzo rozumie o co mi teraz chodzi, ale kilka osób wie), cholernie mnie to cieszy! :)
Właściwie to powinienem zacząć od piątkowego wieczoru. Strasznie nie chciałem wyjeżdżać w sobotę (z kilku powodów), w sumie po dzisiejszym dniu stwierdzam, że owa "niechęć" jest trochę uzasadniona. No ale...w piątek było mi po prostu troszkę źle...jakoś tak się czułem lekko przybity, no i ta cholerna cisza (nie znoszę tego uczucia). Właściwie to dzięki wieczornej wizycie Przemka i krótkim wypadzie na miasto (szybkie piwko i w sumie fajna rozmowa), jak wróciłem do domu o 22, to czułem się troszeczkę lepiej, chociaż w dalszym ciągu tak jakoś dziwnie. Potem jeszcze trochę czasu spędzonego na gadu, pożegnanie się z bliskimi osobami i pora spać... no powiem tyle, nie pospałem sobie za dobrze (znaczy sen miałem cudny, ale średnio co godzinę się budziłem z takim uczuciem jakiejś wielkiej tęsknoty, częściowo nieokreślonej, a częściowo tak, no i jeszcze to, co wyprawiała w nocy "natura" - złowieszcze piękno, co ciekawe, jak znowu zasypiałem, pojawiała się dalsza część snu - coś jak pauza na filmie). Rano wstałem, dorzuciłem do zawartości mej torby podróżnej "Dzieci Hurina" Tolkiena (przeczytałem to już 4 razy, ale jakoś tak stwierdziłem, że chcę to zabrać ze sobą) i poszedłem na autobus.
Jakimś cudem udało mi się wejść do autobusu... i zaczęła się "cudowna" podróż. Znaczy ja wiedziałem, że nie będzie lekko, ale takiej masakry się nie spodziewałem :/
Oczywiście zanim wsiadłem, dostałem kilka razy z łokcia (bo ludzie nie potrafią się normalnie ustawić w kolejce i kulturalnie wsiadać, nie, oni MUSZĄ BYĆ PIERWSI, taka chamówa, że aż szkoda gadać :/). Miałem o tyle szczęście, że udało mi się zająć ostatnie wolne miejsce (autobus był tak nabity, że nie było czym oddychać). I jeszcze trochę ponarzekam na chamstwo...otóż w tym autobusie była matka z czwórką dzieci (takich maluchów, około 6-7 lat); wszyscy stali, jedno dziecko normalnie mi głowę na torbie położyło (miałem ją pod nogami); gołym okiem było widać, że dzieciaki są wykończone, że od bladego świtu tłuką się różnymi rodzajami lokomocji. W autobusie było przynajmniej kilka osób w młodym wieku (facetów!), którzy jechali zaledwie do Żywca (wiem, bo słyszałem)...i żaden się nie ruszył! Nie wytrzymałem i wziąłem dzieciaka na kolana, wtedy drugi się położył na miejscu poprzedniego. Zrobiło mi się tak jakoś...no nie wiem...w każdym razie aż do Mszany dolnej stałem (zmęczyłem się jak cholera, w końcu też jestem raczej słabowity, ale to nic, bo jak się patrzyło na te wyczerpane dzieicaki to normalnie aż coś w sercu ściskało). W każdym razie jak na dłoni wyszedł tutaj przykład ludzkiej podłości i bezmyślności...ech...wrrr... :/
No ale dobra, idźmy dalej. Praktycznie przez całą drogę moje uszy nie rozstawały się z empeczowym przyjacielem ;) Część z tych utworów kierowała moje myśli ku niektórym osobom, szczególnie Slipknotowy "Vermilion pt.2", niektóre kawałki 10 years, In flames, no i Toola. W sumie to w pewnym momencie miałem taką chęć, żeby mi rozpierniczyło uszy (wiem, świr ze mnie), więc głośność miałem ustawioną na 25 (na więcej się nie da :P). W tym miejscu, znaczy w związku z muzyką, pojawia się pierwszy "dziwny motyw". Otóż po przesiadce w Nowym Sączu, w połowie drogi do Krynicy (po drodze miało miejsce niezbyt przyjemne zdarzenie: kilku łebków zaczęło w autobusie palić papierosy, no i mała awanutura się zrobiła, jeszcze chwila i myślałem, że pięści pójdą w ruch, ale jakoś debile się uspokoiły i kierowca, współczuję Mu, mógł jechac dalej bez wzywania służb mundurowych), słucham sobie kawałka "Rain" Siddharty (bardzo dobry numer, jeszcze raz dzięki dla Światełka :)) i co? I mija może sekunda od zakończenia utworu, a tu z nieba taka ulewa, nawałnica, że hej...Dziwnie się trochę poczułem wtedy. Taki zbieg okoliczności (chociaż ja tak średnio wierzę w przypadki i zbiegi ;)).
Hmmm... co dalej? Przyjechałem, z marszu poszedłem na obiad (bo akurat matkę spotkałem po drodze do "wujkowego" hotelu), no i ruszyłem do hotelu. I tu zaskoczenie maksymalne, jak byłem ostatnim razem to owszem z zewnątrz było wszystko wykończone, profesjonalnie itp. Ale jak zobaczyłem wnętrze to mi szczęka opadła z wrażenia! Po prostu rewelacja, pokoje stylowe, eleganckie (11 dla gości, szkoda, że nie możemy wpaść całą ekipą :P). No w każdym razie tzw. wyższa półka. Miałem do wyboru pokoje: 7 lub 9, wziąłem "dziewiatkę" bo to jedna z moich ulubionych liczb :) Przywitałem się z wujem, Jego "Panią", psem "Furgotem" i dwoma kotami (nawet sie nie spodziewałem, że tak się z tymi kotami zbliżę :D) Rozpakowałem się, wysłałem z "cudnego" laptopa (o nim później :D) mejla, pma na forum i poszedłem się drzemnąć bo mój szkieletorkowy organizm szeptał (włściwie to darł gębę jak wokalista Cannibal Corpse :D) "Baaaarteeek! Odpocznij!!"
Po krótkiej drzemce, ruszyem z moimi rodzicielami na deptak...w sumie to znam go na pamięć, no ale zawsze coś tam zdąży się zmienić, więc w sumie nawet tak w miarę się spacerowało (no wolno szedłem, albo się powoli uczę chodzić, albo to ze zmęczenia :P), gdyby nie kilka standardowych "zaczepów" ze strony matki. W końcu wylądowalismy w "Węgierskiej koronie" pizzerii, która na głowę kładzie wszystkie tego typu lokale w Bielsku (mam na myśli zarówno jedzenie, jak i wystrój, klimat), którą prowadzi taki nasz znajomy - Wacek. No pojadłem, popiłem...zresztą wszyscy popili...normą jest to, że zacząłem dostawać lekkiego słowotoku :D i w sumie troche przestałem się przejmować, spinać... ale najlepsze jest to, że pierwszy raz od bardzo dawna, tak normalnie, na luzie, sympatycznie i niegłupio, udało mi się pogadać z rodzicami... jeszcze teraz jestem w szoku (no, potem wszystko wróciło do "normy krajowej", ale naprawdę doceniam ten moment). Aaaa i byliśmyjeszcze na chwilkę na "parapetówie" jednego znajomego, ale jakoś mi się nie podobało. Wróciliśmy i siadłem do kompa. Laptop jest, jakby to powiedzieć, średnio sprawny :D Wiesza się średnio co kilkanaście minut (ale tylko wtedy jak wączam net), ale "lepszy ześwirowany laptop niż jego brak"). Ha...chciałem sobie gadulca zainstalować, no ale problem polega na tym, że choć zainstalowany, to wiesza się jak tylko chcę wejść, jeszcze nad tym pracuję ;) ale chyba z gg nici. W każdym razie wszedłem na forum, przejrzałem kilka stron www i poszedłem spać. Znaczy nie tak od razu zasnąłem, sporo jeszcze rozmyślałem. Jedną z konkluzji tych moich, pożal się Boże, refleksji jest to, że juz wiem dlaczego "przytulanie" jest dla mnie tak niezwykle ważne. W sumie to powody są dwa, napiszę o jednym, bo ten drugi nie jest wcale pozytywny, nie nadaje się na bloga. Tak więc pierwszy powód nosi nazwę "ciepło". Hmmm...zwierzęta własnie w ten sposób ogrzewają się gdy jest im zimno, u człowieka natomiast sytuacja jest częściowo analogiczna a częściowo nie. Bo poza takim czysto fizycznym "ciepłem" wchodzi tu w grę "potrzeba bliskości". Zresztą owo "ciepło" należałoby rozpatrywać także w kategoriach...hmmm...duchowych?...metafizycznych? (średnio lubię to słowo, ale cóż)psychologicznych? Whatever...nie zmienia to faktu, że przed snem miałem tak straszną, rozpaczliwą potrzebę przytulenia się (nie, nie do kogokolwiek, do kogoś). No ale dobra. Podobno pierwsza noc w nowym miejscu ma to do siebie, że ponoć to, co sie przyśni spełnia się (jakoś za bardzo nie wierzę w takie rzeczy). No gdyby tak było, to byłbym szczęśliwcem, bo sen miałem cudowny, istotny. Często miewam takie wrażenie: cos się wydarza, a ja w tym momencie przypominam sobie, że to mi się kiedyś śniło (jak byłem młodszy to miałem takie "odpały" nawet bardzo często :D). Jeśli chodzi o ten pierwszy sen w Krynicy, to oddałbym bardzo wiele, by móc kiedyś odczuć takie swoiste "deja vu" w chwili gdy ów sen będzie się stawał rzeczywistością...ech...:) Tak minął mi dzień i noc...
Dzisiaj obudziłem się o 6 rano! Takiego czegoś powinni zabronić :D O dziwo byłem wypoczęty. Trochę pokrzątałem się po hotelu i wyszedłem na taras, poczytałem Tolkiena, napisałem kawałek niniejszej notki i ruszyłem około 9 na Krynicę :D W sumie to tak pałętałem się trochę bezsensu, ale jakoś tak nawet w miarę dobrze mi się chodziło. No i znowu przydarzył się "dziwny moment": siedzę w ogródku przy piwie, na uszach empecz, trzeci albo czwarty raz z rzędu leci "Vermilion" i nagle czuję, że ktoś mnie dotyka w ramię. Odwracam się a za mną stoi chłopak w koszulce Slipknota i żeby było jeszcze śmieszniej, obok niego... dziewczyna...też w koszulce Slipknota! Normalnie odpadłem...okazało się, że chcieli się zapytać czy mogą usiąść przy stoliku (a właściwie duuużym stole) przy którym siedziałem (bo jakoś wszystko inne było pozajmowane). Strasznie dziwna sytuacja :) Zgodziłem się, bo jakos tak sympatycznie się prezentowali... no i posiedzielismy, pogadaliśmy (studenci Etnologii z Cieszyna - tu kolejny zonk - przeciez to moja uczelnia! :D), było fajnie. Ale jak im powiedziałem czego słuchałem w momencie jak do mnie podeszli... no szkoda, że nie widzieliście ich min :D
Miałem tez dzisiaj taki moment, że zacząłem się zastanawiać czy ktoś o mnie myśli, może nawet troszkę tęskni... taka malutka melancholia... no ale wiem, że tak, że jest kilka bliskich mi osób...i w sumie nie chcę potwierdzeń tego, że ktos mnie lubi itp., wiem, że jesteście... i ta świadomość zupełnie mi wystarczy (więcej na ten temat w obiecanej notce "tarasowej" - już troszkę naskrobałem ;))
Aaaa no i mam od dziś telefon komórkowy na wyłączność (aż do środy do wyjazdu), Ech cholera, wyszedłem z wprawy w pisaniu smsów, nieźle się namęczyłem, żeby to powysyłać, ale mam nadzieję, że dało się zrozumieć moje myśli smsowe :D (Taaak Garfilt... ojciec-dyrektor zadba o koty :P). W sumie to mógłbym do Was podzwonić :P ale jeszcze chyba się wstrzymam (bo nie wiem, jakoś tak zawsze średnio mi się przez telefon rozmawia, nie wiem dlaczego, naprawdę ;))
Potem poszedłem znowu spać (jednak powietrze w Krynicy jest baardzo "dotleniające"), wstałem, połaziłem. Wróciłem...i piszę niniejszą notkę :) Jak napiszę to podłączę się do netu, wstawię na blogaska, żebyście wiedzieli co u mnie słychać ;) Aha, muszę jeszcze dopisać w pbfie na forum swoją kwestię, bo obiecałem dziś Szpajkowi :) A potem... cóż może coś obejrzę w telewizji, albo położę się z empeczem do łóżka i w miarę odsłuchiwania kolejnych utworów odpłynę śnić i marzyć...i wiem, że ten sen też będzie piekny...i że zasługuje na to bym go bronił... Trzymajcie się... jutro też coś napiszę...:)

Take Me As I Am, czyli o mnie słów kilka (dlaczego tak, a nie inaczej)

23.07.2007 :: 20:01 | Komentuj (0) |
Właściwie niniejszą notkę pisałem dwa razy...w sumie może nie od nowa, ale troszkę skorygowałem... nie, nie myśli, którymi chcę się podzielić, raczej sposób ich wyrażenia, temperaturę emocjonalną towarzyszącą mojej pisaninie. Dlaczego? Hmmm... byłem dzisiaj w górach (relacja z wypadu i przygód, które mnie spotkały znajdzie się w notce podsumowującej krynicką eskapadę)... wszedłem na szczyt, usiadłem, spojrzałem na niewiarygodnie piękny widok, który się przede mną roztaczał... i pojawił się spokój (i cisza, taka błoga cisza, jedna z niewielu odmian ciszy, które lubię) i jakieś takie, czy ja wiem, uczucie zadowolenia (to niesamowite, gdy człowiek czuje jak miarowo na twarzy pojawia mu się uśmiech), po prostu "bycia" :) Musiałem jakoś podzielić się tym momentem, więc wysłałem smsa. Ale do czego zmierzam... jak tak siedziałem tam na górze, zrozumiałem, a właściwie odczułem na własnej skórze, powód dla którego wybitny filozof Roman Ingarden właśnie w górach napisał swoje dzieło "Spór o istnienie świata". Ten spokój, cisza, piękno - idealny klimat dla przemyśleń. Dlatego też to, co za chwilę przeczytacie zostało dzisiaj przefiltrowane (wczesniejsza wersja była...hmmm...bardziej agresywna? no może nie jest to dobre słowo; w każdym razie odjąłem trochę Librarianowego jadu ;)) i jak tak teraz to czytam, to mam wrażenie, że bez tego doznania na szczycie, niniejsza notka byłaby gorsza i chyba... mniej prawdziwa.
Dlaczego zdecydowałem się napisać taki wpis (zdecydowanie najbardziej osobisty)? W sumie trudno powiedzieć...bo chciałem, bo miałem taką potrzebę? Bo muszę wyrzucić z siebie pewne sprawy, myśli? Bo potrzebuję takiego maleńkiego katharsis? Bo może dzięki temu Ci, którzy znają mnie osobiście będą potrafili lepiej zrozumieć mnie i moje niektóre zachowania? Zresztą... tylko winni się tłumaczą, więc... przejdźmy do sedna...
Take me as I am - jak sie tak głębiej zastonowiłem nad swoim, może nieszczególnie długim - nawet do trzydziestki jeszcze troszkę brakuje, życiem, stwierdziłem, że właściwie nie mam szczególnych powodów do narzekań. Powiem nawet więcej: jest mi ze sobą dobrze. Nigdy nie miałem problemów z zaakceptowaniem siebie samego (hmmm...chociaż nie lubię niektórych swoich zachowań, ale o tym później), wręcz przeciwnie: mam takie wewnętrzne przeświadczenie, że jestem Kimś... Kimś wartościowym, posiadającym jakieś zainteresowania, nie podążającym za wszelkimi klimatami typu: bo tak robią wszyscy, bo tak wypada... mam głęboko gdzieś taką "dulszczyznę" (czy też, posługując się dzisiejszą, obrzydliwą "nowomową" pojęcia spod znaku "trendi", "lensi" tudzież "dżezi"). O właśnie... doszliśmy do momentu, w którym mam chęć napisać o kilku rzeczach, które mnie wkurzają, irytują. Postaram się to uczynić kulturalnie ;)
Pierwsza sprawa: być może ja rzeczywiście wyglądam jak szkieletorek - biedaczek, ale nie znoszę jak się mnie traktuje jak małe dziecko. Owszem, czasem wyglądam na zagubionego, ale przeciez nie jestem jakimś wyjątkiem, prawda? Tak szczerze mówiąc, to mam naprawdę całkiem spore doświadczenie życiowe, widziałem już takie sytuacje, byłem świadkiem lub uczestnikiem takich zdarzeń, przeszedłem przez takie piekło, że uwierzcie mi: traktujcie mnie normalnie, traktujcie mnie poważnie.
W związku z "poważnością"... nie wiem, jakoś chyba można mnie określić mianem kogoś raczej "poważnego". Jakoś nigdy nie czułem potrzeby "zabłyśnięcia" jakimś niewiarygodnie oryginalnym, wydumanym, niby-zabawnym hasłem(piszę niby, bo dla mnie, jak tak czasem słyszę takie wypowiedzi, to stwierdzam, że zabawy w tym niewiele, tylko taka naciągana autokreacja zatytułowana "zobaczcie jaki to ja jestem fajny/fajna"; nie twierdzę, że tak jest zawsze, ale dosyć często). Co więcej, jak się człowiek zapyta takiego "cool osobnika" o coś takiego mniej rozrywkowego, to zazwyczaj nie ma on zbyt wiele do powiedzenia. Nie cierpię tego... Nie jestem taki i nie zamierzam być, w sumie mógłbym, bo inteligentna ze mnie bestia i wiem, że rzucanie takimi hasełkami nie stanowiłoby dla mnie szczególnego problemu... Ale to nie byłbym ja. Więc przykro mi (znaczy właśnie nie przykro ;)), ale musicie się przyzwyczaić do Bartka, który albo nic nie mówi, albo porusza raczej takie poważniejsze tematy (nie no nie jestem ponurakiem, wiecie przecież, że mozna ze mną pożartować :P). W każdym razie nigdy nie będę "duszą towarzystwa" itp.
Kolejna sprawa: wrażliwość. Taaak jestem czasami nadwrażliwy, tak, zdarza mi się wzruszać (i to nawet często) i to w różnych sytuacjach (np. jak słucham niektórych utworów). W tym miejscu muszę wspomnieć o Pawle... i o tych wieczorach z "Władcą pierścieni"... nie przeczytasz tej notki... ale i tak to napiszę... nigdy nie zapomnę tego, że byłeś dla mnie "Samem"... i nigdy nie przestanę się cieszyć, że mogłem być dla Ciebie "Frodem"... A wracając do wzruszeń, łez... kiedyś się tego wstydziłem... od kilku lat już nie... taki jestem (czasami "podmokły grunt" ze mnie ;)) i nie chcę tego zmieniać... bo ja się juz tego nie boję...
Właśnie: "strach", "banie się"... jak tak sięgam pamięcią wstecz, to wychodzi na to, że podejrzanie dużo osób stwierdzało: "wiesz co, boję się Ciebie"... hmmmm... ciekawe dlaczego?... najczęściej chodziło o to, że w trakcie rozmowy podobno "świdruję wzrokiem rozmówcę"... wiecie, co? trochę mnie to śmieszy, ale tak troszeczkę gorzko... czy to, że w trakcie rozmowy patrzę się na rozmówcę jest takie przerażające? A może z moimi oczami coś jest nie tak? (Dziubas coś mi mówiła na urodzinach Luinnara, że jakieś takie mam dziwne oczy ;)) I teraz chcę Wam cos wyjaśnić... zdaję sobie sprawę, że czasami ludzie nie lubią kiedy rozmówca tak robi, bo zaczynają się wtedy zastanawiać: co jest grane? Tyle tylko, że z mojej strony jest to... hmmm... no nie wiem... jakieś takie okazanie szacunku rozmówcy... nakierowanie się tylko i wyłącznie na tą osobę... na to co mówi... jeśli czasem odbieracie to inaczej... wybaczcie...;)
Skoro juz jesteśmy przy temacie "rozmawiania"... dla mnie jest to jedna z podstawowych, fundamentalnych rzeczy w relacjach międzyludzkich, która pozwala lepiej się nawzajem zrozumieć, poznać. Lubię rozmawiać, chociaż pewnie lepiej wychodzi mi słuchanie kogoś (słuchać naprawdę potrafię, i cieszę się z tego). Dochodzi tu jeszcze kwestia mojego typu konwersacji... słowotok, przeplatany długimi chwilami ciszy, gdy zaczynam dukać, prawie się jąkać... wiem, że to jest irytujące (i jest to jedna z rzeczy, nad którymi staram się pracować). Gwoli wyjaśnienia: zazwyczaj zaczynam robić się milczący wtedy gdy chcę powiedzieć coś dla mnie naprawdę ważnego...i zaczynam się bać :/ Chociaź to też zależy... były/są osoby w stosunku do których jakoś nie mam takich oporów... są osoby w obecności których zaczynam przestawać się bać... którym zaczynam ufać... czuć się bezpiecznie, spokojnie... i dzięki Wam za to, że jesteście...:) Ech... zbyt długo byłem zamknięty w swoim kokonie i czasem to widać... ale będzie dobrze... powolutku i cierpliwie... wierzę, że opuści mnie kiedyś (przynajmniej tak troszkę) moja nieśmiałość (chociaż zbytnia smiałość jest chyba jeszcze gorsza). No ale... nie narzekam... taki jestem...
I ostatnia sprawa: wyznania... wiem, że czasem być może za dużo mówię o tym, że kogoś lubię, że jest dla mnie ważny... ale to wynika chyba z faktu, że nie chcę tego kogoś stracić (znaczy to jest taka irracjonalna i nieprawdziwa myśl w mojej głowie, bo tak naprawdę wiem, że przecież ta druga osoba także mnie lubi itd. No ale lęgną się w mojej głowie takie niemiłe mysli :/)... albo też chcę wyrazić akurat w danej chwili swoje ciepłe uczucia dla tej osoby... ale wiem, że czasem przeginam...
Jest jeszcze jeden powód, ale on też się nie nadaje na bloga... W każdym razie stwierdzam, że najważniejszy jest uśmiech... taki zwykły, promienny uśmiech skierowany do kogoś kto jest nam (mi) bliski... niby to nic takiego... a równocześnie tak wiele... Światełko kiedyś pisało o uśmiechu... takim wymierzonym w obcych, nieznanych nam ludzi... weźcie i przeczytajcie ten wpis bo warto... ja w każdym razie całkowicie się z zawartymi tam myślami zgadzam...
Pora kończyc ten wpis, lekko pokręcony, momentami troszkę taki emocjonalny, chwilami bardziej racjonalny, czasem przyobleoczony w usmiech, czasem lekko posmutniały... taki jak życie... taki jak ja... mam nadzieję, że Was nie zanudziłem odkrywając kilka kart ze swojej dobrze ukrytej talii... a może troszkę zmusiłem do myślenia?... Z pewnością teraz Ci, którzy mnie nie znają, będą troszkę wiedzieć, a te osoby, które mnie znają, będą wiedziec o Bartku troche więcej... i może wyniknie z tego coś dobrego...?
Do napisania...:)

P.S.1 Garfilt, jeszcze raz wszystkiego dobrego (słuchanie dziś przez telefon dźwięku Twojego nowego bębna było niezapomnianym przeżyciem :D)
P.S.2 Trzymajcie się :)
P.S.3 Mam straszliwą chęć podzwonić do Was z Krynicy (ale tu wychodzi właśnie ta nieśmiałość i skrępowanie ;/)... no zobaczę...
P.S.4 Światełko...:)


Hell is coming? - podsumowanie "urlopu"...

24.07.2007 :: 19:48 | Komentuj (6) |


Pora podsumować pobyt w Krynicy. Z góry uprzedzam, że nie będę się rozpisywał, bo po tym co się wydarzyło wczoraj jakoś nie mam ochoty, siły. Ale od początku...
Wczoraj byłem w górach i był to jedyny naprawdę dobry moment (co prawda popierniczyły mi się szlaki, ale i tak czułem się wyśmienicie, właściwie to mógłbym tak iść, iść, byle przed siebie... świetne uczucie). Potem popołudnie spędzone na lekturze i poprawianiu wczorajszej notki...a potem się zaczęło...
Piekło, które wydawało się, że odeszło kilka lat temu na dobre, powróciło... i zupełnie nie potrafię sobie z tym poradzić, staram się, bo muszę być silny, nie dla siebie, dla mamy, bo jeśli ja nie będę dla Niej oparciem, to kto?!. Nie będę tu wchodził w szczegóły (chociaż cholernie potrzebuję z Kimś o tym porozmawiać, wygadać się), ale wierzcie mi, że są pewne sprawy, które potrafią rozpieprzyć nawet najtwardszą psychikę. A w mojej rodzinie jest taka jedna sprawa, przez którą od dziecka bardzo cierpiałem, przeżywałem. Jakiś czas temu tak bardzo się cieszyliśmy, że to odeszło, a tu taki cios :( W każdym razie widok płaczącej mamy jest dla mnie nie do wytrzymania. I ta bezradność, bo co mogę zrobić skoro sam płaczę? Powiedzieć, że będzie dobrze? Nie wiem, boję się, że nie będzie. Cholernie się boję :(
Dzisiaj wstałem po praktycznie nieprzespanej nocy. Ech...poszedłem z mamą na basen (nie utopiłem się, bo basen był płytki, zresztą trochę boję się wody, więc za dużo nie pływałem, rozmawialiśmy, starałem się Ją wspierać). I właściwie tyle, bo nie ma sensu się rozpisywać o tym pierdolonym piekle przez, które także dzisiaj musieliśmy przejść :( Teraz mam chwilę spokoju, zamknąłem się w pokoju i piszę... przepraszam Was, ale muszę jakoś odreagować ten cały ból, strach i niepewność co będzie dalej. Przepraszam także jedną, bardzo ważną dla mnie Osobę, wiem, że trochę przegiąłem... ale po prostu tak strasznie się pogubiłem :(
Jutro wracam do domu z mamą. Modlę się, żeby jakos się to wszystko ułożyło... chociaż cos mi mówi, że szanse są raczej mniejsze niż większe. Po wczorajszym wieczorze, nocy i dzisiejszym dniu stwierdzam, że był to najgorszy urlop w moim życiu... właściwie najgorsze dni od długiego czasu :( Ale żywię taką malutką nadzieję, że może jednak się mylę...że może jakoś zatrzymamy to piekło...Oby
Cieszę się, że Was wkrótce zobaczę... Do jutra...

Ojcze Stefanie! ;)

29.07.2007 :: 22:46 | Komentuj (2) |
Cóż... znowu mnie naszła wena twórcza ;) Zanim jednak przejdę do meritum... jeszcze maleńkie uzupełnienie do poprzedniej, niezbyt optymistycznej notki... Tak... muszę się zmierzyć z czymś bardzo trudnym... cholernie ciężkim i bolesnym... i zmierzę się... tak jak kiedyś... nie schowam głowy w piasek... Po prostu zrobię to, co powinienem... i wierzę (w sumie wiem), że starczy mi sił, że dam sobie z tym radę, a jesli nie, to przynajmniej nie będę mógł sobie zarzucić, że nie spróbowałem ( w tym miejscu dziękuję Komuś za dobrą radę i takie zdopingowanie mnie)... Czuję w sobie taką wewnętrzną siłę (w wątłym ciele silny duch? ;))... Powalczę z tym cholerstwem.
No ale tematem dzisiejszej notki ma być okres studiów, a właściwie osoba, z którą ten okres jest nierozerwalnie związany. Mój przyjaciel... ojciec Stefan Gorzo ;)... (używam tego cudnego pseudonimu, bo nie wiem czy życzyłbyś sobie być wymieniony z imienia ;)). Tak, ten wpis będzie lekko sentymentalny, ale ja jakoś nie widzę tu żadnego problemu, taki jestem i już.
Ostatnio jakoś tak powracałem w myślach do czasu moich studiów. I wiecie co, z perspektywy czasu stwierdzam, że był to chyba najciekawszy okres w moim życiu, niezwykły, obfitujący w wiele ważnych wydarzeń, wielu ważnych ludzi. Gorzo był najważniejszą z tych osób.
Czasami dopiero po jakimś czasie mozna uzmysłowić sobie, że ktoś kto, wydawałoby się jest jednym z wielu znajomych, przyjaciół, tak naprawdę był, jest i będzie tym Kimś - przyjacielem na całe życie. W sumie z z Ojcem Stefanem jakoś chyba nigdy (a przynajmniej bardzo rzadko) nie mieliśmy takich klimatów typu: super głębokie zwierzanie się itp. Dlaczego? Myślę, że na tyle dobrze rozumieliśmy się bez słów, że nie potrzebowaliśmy zakłócać tego porozumienia słowami.
Kolejna rzecz... "kłótnie"... doskonale pamietam nasze przekomarzania, moją wściekłość na Gorzo (szczególnie utkwił mi w pamięci taki jeden moment, już nawet nie pamiętam dokładnie o co chodziło, kiedy ze słowami "Kurwa mać, ja pierdolę!" wybiegłem pełen gniewu trzaskając drzwiami z pamiętnej wejściówki w akademiku), mój podziw dla takiego Jego spokoju, racjonalizmu. To takie dość dziwne uczucie: nie cierpieć (czasem nawet nienawidzieć) czyjejś "logiczności", a równocześnie ją uwielbiać (zresztą trochę tego spokoju zaszczepiłeś mi do łba)... nie wspomnę już o tym, co mi dość niedawno napisałeś na temat tęsknienia za kimś...toż to jeden z najpiekniejszych wierszy Ci wyszedł :)
Wiele jeszcze mógłbym napisać...(o naszych filozofujących wieczorach, wycieczce na stację benzynową, śliwowicy z Grzegorzem itp.) ale może wystarczy. Obecnie widujemy się bardzo rzadko, nawet na gg jakoś niezbyt często, ale... jesteśmy, byliśmy i będziemy... Panie kolego!... dziekuję, że jesteś...:) Mam nadzieję, że ten grill u Ciebie dojdzie do skutku ;) Oczywiście z udziałem reszty... Przemasa, Aśki itd. I jeszcze jedna prośba... jak się znowu zobaczymy... zagraj ten taki cudny numer z muzyki klasycznej (juz nie pamiętam co to było)... bo to naprawdę kosmos jest...;) Tak jak i skrzyżowanie naszych dróg w Cieszynie...:)