Meet me there
In the blue
Where words are not
The feeling remains...
Sunny Day Real Estate "In circles"
Jak wiele musimy powiedzieć,
by nas słyszano,
w chwili gdy milczymy
E.Canetti

Systematic Chaos, czyli o co chodzi w mojej pisaninie

04.06.2007 :: 00:07 | Komentuj (2) |
Hmm... tak się zastanawiałem jak zacząć moją pisaninę na tym blogu (proszę bez uszczypliwych uwag odnoszących się do wyglądu i estetyki - z pewnością się to kiedyś zmieni, jak ktoś odwali za mnie całą robotę w html-u :P), jak przedstawić moje założenia dotyczące prowadzenia tegoż. No i z pomocą nadciągnęli panowie z Dream Theater, którzy, tak się szczęśliwie złożyło, już jutro oddają w ręce milionów ludzi na całym świecie (w tym i moje :D - w końcu dostałem w pracy nagrodę pieniężną, to co się będę...kupię sobie oryginała :P) swoje najnowsze dzieło o znamiennym tytule: "Systematic Chaos". Postanowiłem więc wykorzystać ów tytuł dla swoich niecnych celów (mam nadzieję, że Mike, James, Jordan i dwóch Dżonów oszczędzą mi stresu związanego z procesem :D). Dlaczego "systematyczny chaos" ? Ano moi drodzy, którzy to czytacie (tak, wiem, że mozna Was policzyć na palcach jednej ręki i to niekoniecznie kompletnej :P), sprawa przedstawia się następująco: systematyczne wpisy (I promise!) zasadniczo bez przewodniego tematu (no może czasami)...taki kolaż myśli...niczym nieskrępowany "strumień świadomości" - jak u Joyce'a (przyznać się, kto przeczytał całego "Ulissesa" i naprawdę mu się podobało? :D). No ale dobra, bo czuję, że zaczynam wpadać w dygresyjny wir. Spodziewajcie się moich wynurzeń dotyczących muzyki (tak, wiem, oryginalne to jak cholera, ale cóż, czasem nie warto wyważać otwartych drzwi), funkcjonowania instytucji kulturalnej zwanej "Biblioteką" (no tu się pośmiejecie, zaręczam :D), quasi-filozoficznych dywagacji (bo filozofia jest do dupy, coś o tym wiem, 5 lat studiów przekonało mnie o tym dobitnie) dotyczących tak modnej tematyki jak: kondycja współczesnego człowieka, a także będących próbą odpowiedzi na odwieczne pytania: skąd przychodzimy i dokąd zmierzamy :P...tak, robię sobie jaja, wybaczcie, tak naprawdę postaram się napisać coś w miarę sensownego, nie zadręczając Was terminologią, której poza kręgiem akademickim nikt nie używa i nie rozumie (znaczy na uczelniach też mało kto rozumie, a jak rozumie to proponuję trzymać się z daleka :P) oraz nie racząc Was jakimś pseudo uduchowionym bełkotem. Ma być prosto i na temat (świetnie musicie się bawić brnąc przez moje zdania dorównujące poziomem złożoności przemówieniom Fidela Castro, ale nie mówiłem, że będzie łatwo :D). A właśnie...możecie też czasem liczyć na jakieś moje wiersze, zdjęcia, recenzje książek oraz wpisy natury osobistej (te ostatnie raczej niezbyt często - tak, zdaję sobie sprawę, że i tak mi nie wyjdzie :P). Jeśli po przeczytaniu tego wszystkiego doszliście do wniosku, że macie do czynienia z jakimś kawalarzem, to muszę Was ostrzec, że nie zawsze będzie tak zabawnie, powiem więcej, jestem strasznym mrukiem i melancholikiem, więc przygotujcie się także na troszkę "ciemnej strony mocy", bo w końcu światło nie funkcjonuje bez ciemności, nie? (aha, ten layout jest totalnie nietrafiony, będzie inny, bardziej mroczny - wystarczy, że wstawię swoją fotkę :P).

Taaak... cóz tam jeszcze chcecie wiedzieć... ech zresztą jak będziecie chcieli to napiszecie. Teraz moje dwa wiersze... pierwszy powstał dość dawno, jakieś 8 lat temu (na pierwszym roku studiów), podoba mi się, bo jest krótki i łatwy do zapamietania (niestety jakaś cholera zakosiła mi zeszyt gdzie gromadziłem swoją liryczną cząstkę). Drugi wiersz został napisany (wraz z 3 innymi, które może kiedyś też poznacie) ostatnio na juwenaliach na ATEHU. Nie będę pisał o co chodzi, co było inspiracją itd. Interpretujcie do woli :)

"Sacrum - profanum"

A wszystko po to
bym mógł zajrzeć
wewnątrz Twojego
tabernakulum
doświadczyć monologu
z bóstwem

rozpłynąć się


***

I zaczęli Proszę Państwa
Szmer dwóch przystających do siebie
talerzy

Dwie stopy atakujące się nawzajem
Dwie stanowiące jedność
Dźwięku

I coraz szybciej szybciej
na złamanie karku
pałeczek

Już prawie już teraz
porozumienie perkusistów
porozumienie graczy?

Ale cóż to
nagle rytm się załamuje
Opóźnienie reakcji
które nigdy nie powinno
mieć miejsca

Nie powinno
Wypadek
Zdarzenie
Zderzenie
Zdarzenie losowe
Zderzenie celowe

Bo przecież mamy do czynienia z mistrzami dancingu
Perkusistami naszego wieku
Czasu który zabija
Czasu który pozwala sobie na
Niedopowiedzenie i Opóźnienie

Jedność pałeczek
Jedność perkusistów

Pierdolona synkopa


No, ciekawy jestem Waszych komentarzy. Aaaa....pozwolę sobie przesłać uśmiecha tym kilku osobom, które wiedzą, że to do nich skierowana moja wyszczerzona mordka :) (szczególnie jedna, którą ostatnio atakuję porannymi usmiechami na gg :)) Dobra..trzeba zamykać ten kram (znaczy wpis). Wkrótce coś napiszę (nie bijcie :D). Systematic Chaos....Systematic Chaos...Systematic Peace ?

Milczący Dream Theater

06.06.2007 :: 00:01 | Komentuj (13) |
    No i kolejny wpis. Przyznajcie się, że nie wierzyliście w moją systematyczność :P... a tu taki suprajs :D Na dobry początek może parę słów o nowym wyglądzie tego bloga, który obecnie prezentuje się tak, jak chciałem. Hmmm... w sumie fotkę powinniśmy pominąć głębokim milczeniem, no ale może wytłumaczę się troszkę :) Otóż zastanawiając się nad jakimś elementem graficznym, stwierdziłem, że nie chcę rysunku lecz właśnie zdjęcie... no i tak jakoś natknąłem się na swoje dwie podobizny i zdecydowałem, że właśnie ta jedna będzie ozdabiać (albo szpecić, zależy jak na to spojrzeć :P) to miejsce (na drugiej fotce miałem papierosa w zębiskach, a mój ambitny plan zakłada rzucenie „rakotworów” od 1 lipca; sami więc rozumiecie dlaczego wolę Bartka – Szatanistę :D). Acha... gwoli wyjaśnienia dla tych, którzy nie mieli okazji poznać mnie osobiście... te kropki na mym czole to był chwilowy wybryk artystyczny, taki performance, tak ogólnie to czoło mam czyste (no chyba, że się ubabram kurzem i syfem bibliotecznym :p).

    Ok. skoro kwestię nieszczęsnej fotki mamy załatwioną, to wypada poświęcić chwilę czasu cytatom, mottom. które widnieją na blogu. Ten po polsku to myśl (aforyzm właściwie) autorstwa Eliasa Canettiego – wybitnego pisarza austriackiego (gorąco polecam Jego zbiór aforyzmów oraz powieść „Auto da fe”, nie jest to lektura lekka, łatwa i przyjemna, ale za to kawał wielkiej literatury, coś mądrego i poruszającego do przeczytania i zastanowienia). Spytacie pewnie dlaczego wybrałem akurat taki aforyzm o milczeniu. Hmmm... jakby to powiedzieć... uważam, że jest tu zawarta pewna ważna prawda... no i sam jestem raczej milczkiem (ech wolę słuchać niż mówić, no i podobno jestem dobrym słuchaczem). Zauważcie, że jeśli dane osoby dobrze się znają to często nie potrzebują słów by się zrozumieć, poczuć... Zresztą czasami słowa nie są w stanie oddać pewnych rzeczy, niektóre stany emocjonalne są wręcz stworzone do milczenia (bo wielu rzeczy nie jesteśmy w stanie opisać za pomocą aparatury pojęciowej składającej się na używany przez nas język). Zdarzają się momenty tak wyjątkowe i niepowtarzalne, że kategoryzowanie ich językowo, zamykanie w sztywnej skorupie słów, obdziera je właśnie z aury „jedyności” (mam tu na myśli zarówno sytuacje pozytywne jak i negatywne). Jak tak o tym piszę to przypomina mi się pewien wieczór sprzed kilku lat, który spędziłem z moją przyjaciółką nie wypowiadając praktycznie ani jednego słowa (mniejsza z tym o co wtedy chodziło, ważne było to, że nie musieliśmy się odzywać do siebie, a rozumieliśmy się jak chyba nigdy wcześniej; wystarczyło nam to poczucie, że jesteśmy). Prawdziwa magia. Dla takich chwil warto żyć. Milczących chwil prawdziwej symbiozy między ludźmi.

    Fragment anglojęzyczny jest fragmentem tekstu piosenki „In circles” genialnego, aczkolwiek niedocenianego, zespołu ze Seattle – Sunny Day Real Estate (część składu zasiliła póżniej Foo Fighters – projekt perkusisty Nirvany) pochodzącej z ich pierwszego albumu „Diary”. Pamiętam doskonale 1994 rok, kiedy to zobaczyłem w sklepie kasetę (tak, wtedy się jeszcze kupowało kasety :P) ze śmiesznymi i dziwnymi ludzikami na okładce. Coś mnie tknęło... Kupiłem... przesłuchałem i... słucham do dziś. Doskonale pamiętam jakie wrażenie wywarła na 14-letnim wtedy chłopaku ta hałaśliwie piękna muzyka...taką chęć wyrwania się z tego wszystkiego, zaświecenia... Listopad, wszędzie błoto, syf, deszcz lejący się strumieniami, ponure twarze ludzi w autobusie... i te słowa: „Meet me there / In the Blue / Where words are not / Feeling remains” (i ten głos Jeremego – pełen smutku ale jednocześnie przesycony jakąś nutą nadziei; tak powinien śpiewać płaczący anioł). Ta płyta zawsze pozostanie w mojej głowie, a ten utwór głęboko w sercu. Minęło 13 lat od tamtego czasu a ja nadal mam drgawki jak go słyszę.

    Ufff... pora chyba przejść do mojego ukochanego Dream Theater i ich nowego albumu „Systematic Chaos”... Ja nie wiem jak Oni to robią (nieważne czy płyta jest lepsza czy gorsza, bo i takie im się zdarzają), ale naprawdę potrafią mnie uszczęśliwić swoją muzyką, pobudzić, uspokoić, wywołać uśmiech na mej twarzy, zapalić ogniki w oczach, zmusić do płaczu, wzruszyć... Ech, no nie potrafię napisać normalnej recenzji... Album jest bardzo różnorodny i jakkolwiek banalnie by to nie zabrzmiało...piękny. Napiszę tylko kilka słów o 3 utworach, które mnie oczarowały i słucham ich w kółko. Płytę otwiera utwór „In the Presence of Enemies Pt.1” (bo jest jeszcze zamykająca album Pt.2), który można określić jako esencję muzyki wykonywanej przez DT. Ciężkie rockowe riffy, piękne melodie, zmiany tempa, szaleńcze solówki... Kawałek trwa 9 minut z czego pierwsze 5 jest bez wokalu, no ale jak już LaBrie zaczyna śpiewać to naprawdę można czapki z głowy zdjąć. No i jest jeszcze w tym kawałku taki moment około 2 minuty... Petrucci w chodzi wtedy z takim gitarowym motywem, że łzy same cisną się do oczu (cudo, piękno zaklęte w dźwiękach). Kolejny numer „Forsaken” – strasznie krótki jak na DT (tylko 5 i pół minuty :D), wybrany przez zespół na singiel... niby taki zwykły rockowy numer, ale jaką ma siłę... i tekst, który poruszył mnie tak jak 13 lat temu „In circles”... W końcu 10-minutowy „Repentance”, zaczynający się nawiązaniem do starego utworu DT „Mirror”, będący połączeniem klimatów w stylu Porcupine Tree i Pink Floyd, niby, jak na DT, niewiele się w nim dzieje, ale jak dla mnie mógłby nigdy się nie kończyć... i jeszcze masa znanych wokalistów zaproszonych do nagrania tego kawałka. Nie, oni nie śpiewają, oni mówią, wyznając swoje błędy, prosząc o wybaczenie, opisując co jest dla nich ważne w życiu.... aż ściska mi gardło. Aha... właśnie... jeszcze słowo o ciszy w muzyce DT (jakoś muszę nawiązać do tytułu tej notki). Najciekawsze jest to, że choć twórczość DT jest naładowana tymi wszystkimi skomplikowanymi przejściami, rozbudowanymi kompozycjami, przepychem aranżacyjnym, to najmocniejszym elementem są w ich wykonaniu właśnie momenty ciszy, mini-pauzy, takie milczące interwały, które jeszcze bardziej podkreślają ich kunszt, pozwalając rozsmakować się w ich twórczości. Ufff... rozpisałem się :) Poniżej tekst do „Forsaken”:

Forsaken

[Music: Dream Theater / Lyrics: John Petrucci]

For a while I thought I fell asleep
Lying motionless inside a dream

Then rising suddenly
I felt a chilling breath upon me
She softly whispered in my ear
(Forsaken)

Forsaken
I have come for you tonight
Awaken
Look in my eyes and take my hand
Give yourself up to me

I waited faithfully
For night to fall again
Trying to silence the fear within me

Out of the night and mist
I felt a stinging kiss
And saw a crimson sting on her lips

I have to know your name

Where have I seen your face before
My dear why don't you be afraid

Forsaken
I have come for you tonight
Awaken
Look in my eyes and take my hand
Give yourself up to me
Take me far away
Close your eyes
And hold your breath
'Til the ends of the earth

Forsaken
I have come for you tonight
Awaken
Look in my eyes and take my hand
Forsaken
Fly away with me tonight
Awaken
Renew my life
Now you are mine
Give yourself up to me

I jeszcze jeden mój wiersz, nie jest zbyt dobry, ale bardzo dla mnie ważny:

 ***
W nocy nie nocuję
W dzień nie dzieję się
W pracy nie pracuję
W domu nie
Już więcej nic

Psychologiczne zabiegi
Socjologiczne koncepcje
Filozoficzne pojęcia
Statystyczne twierdzenia

Nigdy więcej

Tylko Ty

Ty...

Dobra, na tym zakończę, niebawem pewnie znowu coś napiszę, jakoś lepiej mi się pisze niż mówi :)

P.S. 1 Dzięki za layout Dragoth
P.S. 2 Może tak ktoś by coś napisał ? Jakiś komentarz czy cóś ? :P
P.S. 3 Tradycyjnie uśmiechy dla nielicznych, których obchodzę :)
P.S. 4 Specjalny uśmiech dla „Światełka”. Dobrze, że Jesteś :)

Taki jeden wiersz...

08.06.2007 :: 00:13 | Komentuj (6) |
Dzisiaj notka będzie krótka i cichutka. Wiersz, który dzisiaj napisałem.

***

Jeśli będę kiedyś
gdzieś tam później
poniżej

Powstanę na nowo
wskrzeszony Twym
śmiechem

Jesteśmy
Byliśmy
Będziemy

Upadam

Wiem jednak że
Powstanę na nowo
wskrzeszony Twym
światłem

Jestem ?
Będę ?
Gdzieś ?

Świeć...



You may say I'm a dreamer... but I believe... (wpis emocjonalny)

10.06.2007 :: 21:32 | Komentuj (5) |
W co wierzę ? Ano w to, że nie wszyscy ludzie są źli, powiem nawet inaczej: wszyscy ludzie są zarówno źli jak i dobrzy. Praktycznie od samego początku myśli ludzkiej wszelakiej maści filozofowie zastanawiali się nad tzw. naturą człowieka. Jedni uważali, że ludzie ze swej natury są dobrzy, inni, że człowiek od samego początku naładowany jest złem. A gówno prawda! Myślę, że człowiek jest po prostu na początku pusty, taka "empty page" (nie, nie zapominam o pewnych uwarunkowaniach biologicznych, popędach itp.), mieszcząca w sobie różne możności, potencje (no tu się przydaje terminologia Arystotelesa), zarówno te szczytne, światłe, jak i te mroczne i okropne. Tak prawdę mówiąc, to kim jesteśmy zależy w bardzo dużej mierze od nas samych, od naszych wyborów (oczywiście spory wpływ ma na nas otaczające nas środowisko społeczne itp., ale nie demonizowałbym tak strasznie tych czynników). I to jest moim zdaniem najprostsza (może i prymitywna, ale nie dbam o to) odpowiedź na pytanie: dlaczego ludzie są różni (nie wnikam tu w kwestie kręgu kulturowego). Poprzez swoje wybory. Ale tutaj dochodzimy do kolejnej ważnej sprawy: dlaczego wybieramy tak, a nie inaczej? Hmmm... tutaj wchodzi już w grę kilka czynników: najistotniejszym z nich (a przynajmniej najbardziej dla mnie interesującym) jest moim zdaniem "sposób myślenia o świecie", będący pochodną efektów naszych wcześniejszych wyborów (oczywiście należałoby wspomnieć także o wychowaniu, sytuacji bytowej itp. ale piszę swoje subiektywne, więc z konieczności cząstkowe przemyślenia). Co mnie często zastanawia, dziwi, to fakt, że wiele osób wstydzi się "tej swojej dobrej strony", ucieka przed nią, bojąc się dopuścić ją do głosu (tak, też tak mam, niestety). Bo co?... mrok i zło (klubowicze niech się nie śmieją, bo używam tych pojęć jak najbardziej poważnie) jest atrakcyjne? Nie, bo tak jest prościej... cholernie łatwo... Nie usłyszycie ode mnie, że świat jest cudowny i innych tego typu górnolotnych pierdół... Świat jest taki a nie inny, różnokolorowy, pełen odcieni szarości, często przyoblekający się w nieprzeniknioną czerń. Tylko że to ludzie kreują świat w którym egzystują, a ludzie są różni, różne więc są kolory tego naszego padołu. Pomyślcie czasem o tym, że naprawdę wiele zależy od nas samych, od naszych znajomych, przyjaciół. I nigdy nie dopuszczajcie do siebie myśli, że wszyscy dookoła tylko czyhają na Wasze potknięcie. Nie, z tego, że istnieje grupa (całkiem spora, przyznaję) takich ludzi absolutnie nie wynika, że wszyscy tacy są (sam znam przynajmniej dwie osoby, które nie należą do tej grupy, czyli mamy już wyjątek, a wbrew pozorom, z logicznego punktu widzenia, "wyjątek PRZECZY regule"). Wiem, że czasem strasznie ciężko spojrzeć na innych ludzi nie poprzez pryzmat wrogów, wiem, że często strasznie trudno komuś zaufać, uwierzyć w jego dobre intencje. Ale na miłość człowieczą (nie boską, bom agnostyk, choć czasem, np. dzisiaj, modlę się do czegoś nieokreślonego)... nie wszyscy są skurwielami! Ja w to wierzę, albo nawet więcej - po prostu to wiem...

"So rest your head upon me... I have strenght to carry you... Lazarus"
(Porcupine Tree)


P.S. Sorry za lekko chaotyczny wpis, ale sami rozumiecie - Systematic Chaos + potrzeba emocjonalna :)
P.S. 2 I jeszcze... nie, tym razem nie uśmiech, ale naprawdę ciepła myśl dla Osoby, która wie, że to dla Niej...

Aenima - Aenima (Dziękuję Wam)

13.06.2007 :: 00:27 | Komentuj (4) |
Dzisiejszy wpis nie będzie długi. W zasadzie chcę Wam zaprezentować wiersz, który udało mi się zrekonstruować z mojej pamięci. Tak właściwie to udało mi się go odtworzyć w około 90%. Troszkę też pozmieniałem. Nie wiem czy jest dobry, coś warty poetycko. Ale to jeden z moich tekstów, który jest dla mnie niezwykle istotny. Pierwotną wersję (która się gdzieś zagubiła, a teraz odnalazłem ją w swym umyśle, a może w sercu) napisałem jakieś 6 lat temu. Był to niezwykle istotny moment w moim życiu (nie, nie będę się na ten temat rozpisywał, może kiedyś) i ten wiersz był moim drogowskazem, przewodnikiem. Potem przez kilka kolejnych lat jakoś o nim trochę zapomniałem (nie wiem, może bałem się tego przesłania, które w nim zawarłem). Ale teraz znowu jest ze mną, bliżej, niby taki sam, a jednak jakby odmieniony, piekniejszy (dla mnie, oczywiście). I nie pozwolę mu juz odejść, nigdy więcej, chcę by pozostał ze mną na zawsze.
I jeszcze kilka słów o mnie, a właściwie o tym, kim jestem, kim się stałem dzięki Wam. Jeszcze jakieś pół roku temu, byłem... hmmm...powiedzmy, że trochę inny. Jakoś mniej było we mnie ciepła, radości, powtarzałem sobie, że nikogo nie potrzebuję (w sumie przez te kilka lat jakoś przyzwyczaiłem się do swojej samotności), że lepiej się nie odzywać. Teraz jest inaczej. W tym miejscu chcę Wam serdecznie podziękować, że pozwoliliście mi się zmienić. Nie sposób wymienić Was wszystkich. Ale niektórych po prostu muszę. Na pierwszy ogień idzie Szpajk. Dzięki za wszystko, za to, że zawsze (nawet jak masz full roboty na głowie) masz dla mnie czas, rozmawiasz ze mną, dzielisz się swoimi przemysleniami, dajesz mi do myślenia, że potrafisz mnie czasem opierdzielić (no już nie wspomnę, że rozbawić to też potrafisz :P). Jesteś dobrym kumplem (aż się boję to powiedzieć... przyjacielem?). Muszę też wspomnieć o Przemku i Ryjku, z którymi to ostatnio spędziłem juwenalia i którzy dzielnie znosili mój słowotok.. Nie, nie znosili, rozmawiali ze mną (może wyda się Wam to smieszne, ale to było wtedy dla mnie cholernie ważne). Luinnar - kolejny człowiek, który pewnego wieczoru, w piekny i niezwykle mądry sposób wytłumaczył mi, co jest ważne w życiu, tchnął nadzieję. Stary, jesteś wielki...i piszę to zupełnie serio, bez cienia ironii. No i w końcu "Światełko"... ech, nawet nie wiem, jak mam to ująć w słowa (czasami naprawdę nie wiem jak wyrazić pewne rzeczy)... za to, że Jesteś... Jesteś... Jesteś... i świecisz... prosto na mnie... :)
A teraz, na zakończenie wiersz:

"Aenima - Aenima"

"Pociąg relacji Aenima - Aenima gotowy do odjazdu... Powtarzam... pociąg relacji Aenima..."

Mój Boże ile razy to słyszałem
ten złowieszczy komunikat
Aenima - Aenima
wjeżdża odjeżdża

Myślę że przez te lata
przyzwyczaiłem się do tego
Aenima - Aenima
Oswoiłem się

Poczekalnię dworcową
poznałem dogłębnie
Aenima - Aenima
Ciemno brudno
Zawsze tak samo

Swego czasu próbowałem
nawet wstać zdobyć bilet
Aenima - Aenima
tak próbowałem
albo próbowałem próbować

Bardzo trudno oderwać się
od zadrapanej ławki poczekalni
Aenima - Aenima
podejść do okienka
i wymodlić bilet

Wstyd rezygnacja
Nieśmiałość przekleństwo
Aenima - Aenima
Strach przed nieznanym
Strach przed nienazywalnym

W końcu jednak wstałem
Impuls intuicja wybór
Aenima - Aenima
chwyciłem w rękę bilet
i wybiegłem na peron

Po długim oczekiwaniu
(zdążyły się zmienić pory roku)
Aenima - Aenima
nadjechał oczarowując
i przerażając

Wskoczyłem ruszyłem
i siedzę w przedziale
Aenima - Aenima
Sprawdzam kieszenie
wiedząc że przyjdziesz

Nie boję się aż tak bardzo
tym razem nie
Aenima - Aenima
wiem że mój bilet jest
Jest prawdziwy

Czekam na Ciebie
wyśniona konduktorko
Aenima - Aenima
sprawdź i przyjmij
podbij moją przepustkę

Aenima - Aenima
podbij

Aenima - Aenima
przyjmij

Aenima - Aenima
prawdziwy bilet

Prawdziwy ja

Aenima - Aenima





I have only one dream to defend... The only one...

19.06.2007 :: 00:45 | Komentuj (8) |
Otwieram bibliotekę. Nie, nie ma tłumów spragnionych wiedzy, rozrywki, lektury. Właściwie to ostatnio prawie nikogo nie ma (nie liczę dzieciarni uzależnionej od Tibii, nie, nie śmieję się z tych dzieci, w pewien sposób im nawet współczuję, szczególnie jak widzę ich trzęsące się dłonie i rozbiegany wzrok przed monitorem, aaaa no i jeszcze totalne przerażenie w oczach na dźwięk słowa "książka"). Ludzie "kapią" z częstotliwością 5-6 osób na godzinę. Niby fajnie, bo można sobie coś poczytać, pospać, puścić sobie na full muzykę itp. Otóż nie do końca. Człowiek, a przynajmniej ja (Wasz ulubiony Librarian ;P), zaczyna myśleć sobie "co ja tu do cholery robię!? Po co to wszystko?". No czuje się totalnie niepotrzebny, chciałby, a nie może (ja naprawdę lubię wyszukiwać książki, polecać jakieś w moim mniemaniu ciekawe pozycje, widzieć uśmiech na twarzach tych ludzi, którzy zaufali mojemu gustowi literackiemu - "Ach no świetne książki Pan mi wybrał ostatnio. Proszę o jeszcze". To naprawdę miłe uczucie). Siedzi 8 godzin w dusznym pomieszczeniu i czeka... czeka... i patrzy na drzwi, przy których nikogo nie ma, albo nasłuchuje, czy czasem nie słychać kroków nadchodzącego "bibliofila". Żywi nadzieję, że ktoś przyjdzie, że będzie mógł się czymś zająć, zapominając na chwilę o swoich problemach, lękach itd. Że poświęcając chwilę czasu drugiemu (obcemu) człowiekowi poczuje się potrzebny, zauważony. Hmmm... nie, nie obawiajcie się, nie mam jakiegoś totalnego doła, nic z tych rzeczy, czasami dopadają mnie takie przemyślenia Bartka - Melancholika.
Kolejna sprawa: czytelnicy. Wiecie, że naprawdę można się czasem wkurwić ? Zero "dzień dobry", wchodzą jak do obory, rzucają książkami prawie prosto w twarz, nie potrafią powiedzieć kiedy (mniej więcej - z tolerancją do 3 miesięcy) ostatnio byli. "Hmmm no niedawno, miesiąc, dwa miesiące temu" - a ja szukam, szukam i po 20 minutach znajduję... gdzie? w upomnieniach z 2005 roku. Ech, no i jeszcze notoryczne kłamstwa "Jakie upomnienie ? Ja ?". Normalnie krew człowieka zalewa. A musi starać się tłumić tą złość w sobie i zakładać maskę "profesjonalisty". Czasami mam już tego dość, ciągły stres spychany wewnątrz samego siebie. Czuję się momentami jak bomba z opóźnionym zapłonem. Chociaż czasem wybucham, niektórzy po prostu już tak przeginają, że nie potrafię się opanować (wspomnę tylko o Pani Renatce J. - pracowniku naukowym ATH, byłem bliski chwycenia Jej za fraki i "pokazania" wyjścia).
A najlepsze w tym wszystkim jest to, że się staram, pomagam czytelnikom, choć mógłbym tego nie robić i zachowywać się jak sprzedawczyni w spożywczym z PRL-owskich filmów. Wyszukuję, dzwonię po innych bibliotekach, odkładam książki (mam taki mały notesik), zamawiam to, czego ludzie chcą. I co? No i często jeszcze mi się za to obrywa... i to od kogo?... od nich właśnie (no fajnie, że Pan te 8 książek załatwił, a gdzie ta 9, to skandal!). Aż się odechciewa cokolwiek robić. Nie wiem, pewnie jestem naiwny albo coś... ale nie potrafię być inny. W sumie tak narzekam, ale tak naprawdę, pomimo tego, że praktycznie codziennie ktoś podcina mi w pracy moje "biblioteczne skrzydła", ja dalej robię swoje, pomagam, szukam...
I jeszcze taka malutka refleksja. Tak, w sumie jestem dumny z faktu bycia "librarianem"... w sumie tak. Tylko czasem chciałbym, żeby ktoś (znaczy nie liczę na to ze strony obcych czytelników, chociaż jakieś miłe słowo mogłoby czasem paść, niekoniecznie związane z moją pracą) przynajmniej postarał się zobaczyć we mnie nie bibliotekarza (a wcześniej, jeszcze na studiach, Pana filozofa) ale mnie... człowieka... Bartka... z jego wszystkimi problemami, powodzeniami i niepowodzeniami... Zapytał się tak po prostu: co u Ciebie słychać? Może chcesz pogadać? albo coś w tym stylu. Bo takie wpieprzanie ludzi w ich role społeczne może jest i łatwe i jakieś takie uporządkowane, ale czy o to chodzi? To co piszę nie oznacza, że wszyscy mnie mają gdzieś, bo wiem, że są osoby (niewiele, ale nigdy nie chciałem by było ich jakoś szczególnie dużo), którym na mnie w jakiś sposób zależy. Tylko, że czasem już po prostu nie mogę... jak się wszystko we mnie kumuluje i potem wydostaje, eksploduje (ja już nie mam wtedy nad tym kontroli). Dlatego myślę, że gdybym częściej miał okazję z kimś porozmawiać, zwierzyć się, posłuchać innych, byłoby mi łatwiej (znaczy ja sobie dam radę, bo w sumie, wbrew pozorom, jak na siebie patrzę, a właściwie spoglądam w siebie, to wiem, że na przestrzeni ostatnich lat stałem się dużo silniejszy psychicznie i potrafię znieść o wiele więcej niż kiedyś, jakoś wytrzymuję nawet z pewną ogromną zadrą sprzed 6 lat - tak, wspominałem o tym już w którymś wpisie, ale nie oczekujcie zwierzeń w tym temacie, nie potrafię o tym mówić, pisać, jeszcze nie). Łatwiej zachować taką zdrową równowagę, zmniejszyć Chaos i przesunąć się bliżej tabliczki z napisem "Peace".
I jeszcze kwestia marzeń... Nie wiem, może zabrzmi to smutno, brutalnie czy jakoś tak... ale w sumie staram się nie mieć marzeń (to jeszcze z czasów studencko-filozoficznych podejście). Nie liczę tutaj takich spraw jak zapewnienie sobie jakiegoś bytu itp. Ale to są potrzeby. O tym się nie marzy (przynajmniej ja nie). Czyli co, "Bart without dreams" ? Nie, jakiś czas temu może i bym się podpisał pod tym nieudolnym hasłem z poprzedniego zdania. Ale teraz nie... Bo mam jedno marzenie, jedno jedyne (znaczy ono właściwie w sensie formalnym jest ze mną od bardzo bardzo dawna, ale dopiero niedawno wypełniło się konkretną treścią) i szczerze mówiąc, nie potrzebuję innych marzeń. To jedno zajmuje w moim przypadku całą powierzchnię przeznaczoną na marzenia. Tak piszę notkę, a z głośników sączy się w kółko piękny (w tym przypadku naprawdę PIĘKNY) utwór Dream Theater "Space Dye Vest" (zawsze przy nim się wzruszam, więc dobrze, że piszę na kompie a nie na papierze, bo pewnie słowa by namokły i się rozmyły, tak, płaczę przy tym kawałku zawsze, ale te łzy są dobre). W tekście tego utworu pojawia się takie zdanie ""And I'll have no more dreams to defend". Otóż ja mam właśnie jedno marzenie... tylko jedno... aż jedno... "I have only one dream to defend"... I zrobię wszystko by tego nie spieprzyć (nawet z moim cudownym talentem psuja)... Bo to marzenie jest... jest dla mnie wszystkim...


P.S. Wiem, wiem, Chaos rządzi w tym wpisie :)

P.S.2. Chciałbym zauważyć, że jakoś ostatnio cienko z komentarzami. Dawać ludzie! :D

P.S.3. Światełko spraw by mój karabin maszynowy się czasem zacinał, bo nie wie co czyni ;)

P.S.4. Przyrzekam sobie, zastanowić się jeszcze przynajmniej 10 razy zanim coś powiem. Przypomnieć sobie czasy gdy cierpliwość i spokój były blisko mnie... obiecuję :)

P.S.5. W sumie to jeszcze chciałem Wam polecić kolejne dwa, bardzo bliskie mi utwory, jeden w związku z ciszą, a drugi w związku z filozofią. Dream Theater "The Silent man" (no tak, znowu DT, ale co ja na to poradzę :D) oraz Death "The Philosopher" (wspaniały kawałek nieodżałowanego Chucka Schuldinera).

To, co lubię (Pt.1)

22.06.2007 :: 23:45 | Komentuj (5) |
"Przeznaczenie jest (a czuję to każdego dnia)
więcej niż przypadkiem, ale jeszcze nie losem,
jest powietrzem, które czują jakieś skrzydła w locie,
jest zmierzchem w świadomości róży..."

Wiecie, czasami człowiek doświadcza takiego dziwnego uczucia, które trudno nawet nazwać. I nawet nie będę próbował (bo pewnie tylko niepotrzebnie bym zamieszał wdając się w jakieś filozoficzne rozważania, oszczędzę Wam tego ;P). Ale wyobraźcie sobie taką oto sytuację... jestem w pracy, wstaję od komputera, podchodzę do lady (znaczy do tej jej części, gdzie odkładamy książki właśnie oddane przez czytelników), żeby "poczyścić" trochę (no estetyka to moje zboczenie :D) i co wpada w moje łapy (no w sumie w łapki :P)? Tomik poezji Sylvi Plath. Jako, że lubię bardzo Jej twórczość, otwieram sobie książkę na chybił-trafił i.... trafiam na wiersz, który najbardziej cenię z Jej spuścizny literackiej. Cudowny wiersz, który też bardzo wyraźnie zapisał się w mym życiu. Zresztą swego czasu interesowałem się postacią Sylvi, a co za tym idzie także osobą i twórczością Teda Hughesa - Jej męża. W tej chwili, nie mogę sobie przypomnieć tytułu (a nie chce mi się sprawdzać w Opacu :P), ale jest znakomita książka poświęcona Im i Ich twórczości (często zapomina się, że Hughes był wybitnym poetą; może kiedyś umieszczę jakieś Jego wiersze). W każdym razie wiersz Pani Plath, który uważam za wybitny, niezwykły i tak na swój sposób piękny, zainspirował mnie do tego, aby stworzyć na blogu coś w rodzaju Bartkowych polecanek lirycznych :) Taki blogowy cykl "To co lubię", w którym postaram się zaprezentować Wam moje ulubione, ciekawe lub po prostu bliskie mi wiersze (pożytek z tego podwójny: oszczędzę Wam katuszy czytania mojej lirycznej pisaniny, a być może za pośrednictwem umieszczanych przeze mnie wierszy, poznacie mnie trochę lepiej niż gdybym pisał sam o sobie; no i mam nadzieję, że te moje literackie "perełki" skłonią Was do do chwili zadumy, przemyśleń, rozbawią, wzruszą). Ok...pora powiedzieć kilka słów o dwóch pozostałych wierszach, które wybrałem. "Jedwab duszy" Zbigniewa Herberta - w sumie Herbert jest moim ukochanym poetą (uwielbiam ten racjonalizm, stoicyzm Jego liryki, te odniesienia do Antyku, i taki spokój, pewność, która przebija z kart Jego poezji... a dlaczego akurat ten utwór?... hmmmm.... tak trochę przekornie... bo to jest jeden z nielicznych wierszy "Księcia poetów", w którym pojawia się tak bardzo widoczny ładunek emocjonalny, uczuciowy...i pieknie to wyszło... uwielbiam ten wiersz. No i trzeci utwór: Rainer Maria Rilke "Pieśń miłosna (niektórzy z Was wiedzą, że niejako zostałem skazany na Marię Rilkego :D)... no tutaj to nawet nie wiem co napisać... ilekroć czytam ten wiersz mam wrażenie, że gdzieś odlatuję... Cudny i tyle (no i Maria w końcu, nie? :P). Dobra, nie truję więcej. Zapraszam do lektury, do przeżywania, do kontemplacji, do odczuwania... do pochylenia się nad tymi pieknymi wierszami :)

Sylvia Plath "Słowa"

Topór
Po jego ciosie las śpiewa,
I te echa!
Echa wędrowne
Jak odbiegające konie.

Sok
tryska łzami, jak
Woda próbująca
Ustalić swe lustro
Nad skałą,
Którą obraca
Jak białą czaszkę
Zżartą przez zieleń wodorostów,
Po latach
Spotykam je na drodze -

Oschłe słowa bez jeźdźców,
Niestrudzony stukot kopyt,
Podczas
Gdy z głębi wód gwiazdy stałe
Kierują życiem.

"Words"

Axes
After whose stroke the wood rings,
And the echoes
Echoes travelling
Off from the centre like horses

The sap
Wells like tears, like the
Water striving
To re-establish its mirror
Over the rock
That drops and turns,
A white skull,
Eaten by weedy greens.
Years later I
Encounter them on the road - - -

Words dry and riderless,
The indefatigable hoof-taps.
While
From the bottom of the pod, fixed stars
Govern a life.

Umieściłem też wersję po angielsku (bo może ktoś z Was woli czytać poezję w oryginale) :)

Zbigniew Herbert "Jedwab duszy"

Nigdy
nie mówiłem z nią
ani o miłości
ani o śmierci
 
tylko ślepy smak
i niemy dotyk
biegały między nami
gdy pogrążeni w sobie
leżeliśmy blisko

muszę
zajrzeć do jej wnętrza
zobaczyć co nosi
w środku

gdy spała
z otwartymi ustami
zajrzałem

i co
i co
jak myślicie
co zobaczyłem

spodziewałem się
gałęzi
spodziewałem się
ptaka
spodziewałem się
domu
nad wodą wielką i cichą
 
a tam
na szklanej płycie
zobaczyłem parę
jedwabnych pończoch
 
mój Boże
kupię jej te pończochy
kupię
 
ale co zjawi się wtedy
na szklanej płycie
małej duszy
 
czy będzie to rzecz
której nie dotyka się
ani jednym palcem marzenia

Rainer Maria Rilke "Pieśń miłosna"

Jak trzymać mam moją duszę, aby
nie poruszyła twojej? Jak przenieść mam nad tobą
ku innym rzeczom?
Ach, chętnie chciałbym ją w czymkolwiek
Zgubionym w ciemności ukryć,
w obcym i cichym miejscu, które
nie ulatuje, gdy twoje głębie się wznoszą.
Ulecz wszystko, co nas dotyka, ciebie i mnie,
łączy nas razem jak pociągnięcie smyczka
który z dwóch strun dobywa głos jeden.
Na jaki instrument nas napięto?
I jaki muzyk trzyma nas w swej dłoni?
O słodka pieśni.

P.S.1. Niebawem postaram się napisać o ciekawych powieściach :) (zresztą, nie obiecuję, bo pewnie jeszcze kilka innych pomysłów zdąży zagnieździć się w moim małym rozumku ;))
P.S.2. Motto do niniejszej notki to kolejny wiersz Rilkego (bez tytułu)
P.S.3. Uśmiechy dla czytaczy :)
P.S.4. I jeszcze... bardzo ciepła myśl dla Kogoś kto jest dla mnie personifikacją genialnej kompozycji Warrena Haynesa "Soulshine"... :)