Październik, łatwizna, Miles... i Yeti :P
07.10.2007 :: 22:57 | Komentuj (0) |
No cóż... mamy już październik (strasznie ten czas galopuje, jeszcze tak niedawno zastanawiałem się jakie będą moje kolejne urodziny - 1 kwietnia - a tu już jesień pełną parą). Pora coś napisać. Generalnie ostatnio dużo (pewnie jak zwykle za dużo) myślałem. O wielu różnych sprawach. Trochę o sobie samym (taka, nazwijmy to, autoanaliza), trochę o niektórych osobach, wreszcie troszkę tak bardziej ogólnie - o pewnych mechanizmach w relacjach międzyludzkich. Ale przejdźmy do meritum...
Jakoś w sumie nigdy nie miałem jakiegoś długotrwałego załamania pt. "Jestem nikim itp.". Jasne, zdarzały się (i pewnie się jeszcze będą zdarzać) gorsze momenty, trudne chwile. Ale tak naprawdę mogę sobie powiedzieć, i cieszy mnie to, że jestem ok. Po zastanowieniu doszedłem do wniosku, że mam wiele cech i zalet (wady też są, oj są...ale ciiii :P), których wiele osób mogłoby mi pozazdrościć. Ogólnie rzecz biorąc podbudowałem się ostatnimi czasy. Stwierdzam też, że nie będę już więcej przyjmował postawy "Bartek szaraczek", bo żadnym szaraczkiem nie jestem. Wiele potrafię, dysponuję szeroką wiedzą, jestem porządnym człowiekiem więc po jaką cholerę mam się umartwiać. Znam swoją wartość i tyle. A otoczenie...jak to w życiu...niektórzy widzą pewne rzeczy, niektórzy nie. Normalne.
Kolejna sprawa: zdecydowanie stwierdzam, że jednak coś jest w powiedzeniu "jestem już na to za stary" (pod "to" można dowolnie podstawiać). Chodzi mi o to, że jednak ja już troszkę inaczej patrzę na pewne sprawy, mam nieco odmienne podejście, pewnie poczucie humoru też mi już troszkę wyewoluowało. Być może dlatego czasem nie pasuję do otoczenia (nie chcę w tym miejscu dokonywać żadnego wartościowania, po prostu opisuję pewien stan rzeczy), nie bawią mnie niektóre akcje, niektóre zachowania mnie dziwią, czasem aż potrafią zniesmaczyć.
No i taka szersza refleksja, która jakoś tam się wiąże z tym, co do tej pory napisałem. Otóż, mając świadomość (bo wbrew pozorom ja wcale naiwny nie jestem), że sprawiedliwość raczej nie funkcjonuje w tej rzeczywistości, w której się wszyscy poruszamy, chcę podzielić się jednak z Wami pewną gorzką konstatacją. I tutaj już nawet nie chodzi o mnie i moje "malutkie pretensje do świata", bo zjawisko jest znacznie szersze (ostatnio zresztą jakoś namnożyło się w mym otoczeniu sytuacji, które są smutną egzemplifikacją tegoż). A wszystko sprowadza się do odpowiedzi na pytania: co współczesny człowiek ceni? Co jest dla niego ważne w drugim człowieku? Co wzbudza szacunek, a co jest uważane za nic nie warte? Jakie cechy, zachowania są hołubione, a jakie są "źle widziane"? Traktujemy innych podmiotowo, czy też jak przedmioty, zabawki, którymi można się chwilkę pobawić, a następnie wyrzucić i znaleźć sobie nową zabaweczkę?
Praktycznie od zawsze (a z pewnością od baaardzo długiego czasu) lubiłem obserwować ludzi, ich zachowania. W bardzo różnych sytuacjach. I powiem niestety tak: im mniej sobą reprezentujesz, im głupszy jesteś, im mniej w Tobie kultury osobistej, im bardziej traktujesz innych jak przedmioty... tym lepiej funkcjonujesz. Straszne, prawda? Patrząc na otaczającą mnie współczesność dochodzę do wniosku, że "im gorzej, tym lepiej". Zero refleksji, zero ambicji, zero chęci bycia lepszym, zero zasad, zero zwykłej ludzkiej życzliwości, takiego naturalnego (chociaż w tym momencie należałoby raczej powiedzieć o "wynaturzeniu", bo dla wielu osób to jest jakaś choroba najwidoczniej) ciepła prosto z serducha. Byle głośniej, byle bez sensu, byle porechotać (bo z normalnym śmiechem to nie ma wiele wspólnego), byle nie podchodzić do innych odpowiedzialnie, nie traktować innych podmiotowo, jak niepowtarzalne, czujące i myślące osoby. Ech... niestety w bardzo dużej mierze tak to wygląda. Smutne to wszystko i chore :/ ale cóż, cieszę się, że jestem obok tego wszystkiego, że tak nie robię, że wiem, co jest dla mnie ważne. Może miałbym o wiele łatwiej gdybym się "podłączył" do tego ogólnego zidiocenia, wyprania z uczuć, barbarzyńskiego pędu donikąd, ale nie o to przecież chodzi. Jakkolwiek patetycznie to zabrzmi: jestem dumny z tego, jaki jestem... i Yeti :P (niektórzy wiedzą ;))
A na koniec taka jeszcze jedna refleksja: to strasznie smutne i cholernie boli, kiedy człowiek się stara, daje z siebie wszystko (ale nie w sensie tej "debilnej jazdy bez trzymanki przez życie"), cały czas jest... i nic z tego nie wychodzi. Ciekawe, że tak łatwo ludzie zapamiętują kogoś "dzięki" jego durnej wypowiedzi, "błyskotliwej" nawijce (ale slangiem poleciałem :P), chwili w której ten ktoś akurat (często przypadkowo) był. No... ale tak jest łatwiej. A szkoda, bo tzw. drugi plan ma to do siebie, że jest jakąś przystanią dla ludzi, którzy widzą w innych właśnie ludzi...którzy cały czas są (i pomagają, chociaż najczęściej się tego nie zauważa)... którym zależy... i dlatego traktują innych poważnie... bo wierzą w wolność, samodzielność, rozumność. Sam kiedyś nie zwracałem uwagi na rzeczony drugi plan. I teraz wiem jaki to był wielki błąd...
No to tyle... idę posłuchać Milesa Davisa (tak wiem, dziwne to i mało trendy)...i Yeti :P
Jakoś w sumie nigdy nie miałem jakiegoś długotrwałego załamania pt. "Jestem nikim itp.". Jasne, zdarzały się (i pewnie się jeszcze będą zdarzać) gorsze momenty, trudne chwile. Ale tak naprawdę mogę sobie powiedzieć, i cieszy mnie to, że jestem ok. Po zastanowieniu doszedłem do wniosku, że mam wiele cech i zalet (wady też są, oj są...ale ciiii :P), których wiele osób mogłoby mi pozazdrościć. Ogólnie rzecz biorąc podbudowałem się ostatnimi czasy. Stwierdzam też, że nie będę już więcej przyjmował postawy "Bartek szaraczek", bo żadnym szaraczkiem nie jestem. Wiele potrafię, dysponuję szeroką wiedzą, jestem porządnym człowiekiem więc po jaką cholerę mam się umartwiać. Znam swoją wartość i tyle. A otoczenie...jak to w życiu...niektórzy widzą pewne rzeczy, niektórzy nie. Normalne.
Kolejna sprawa: zdecydowanie stwierdzam, że jednak coś jest w powiedzeniu "jestem już na to za stary" (pod "to" można dowolnie podstawiać). Chodzi mi o to, że jednak ja już troszkę inaczej patrzę na pewne sprawy, mam nieco odmienne podejście, pewnie poczucie humoru też mi już troszkę wyewoluowało. Być może dlatego czasem nie pasuję do otoczenia (nie chcę w tym miejscu dokonywać żadnego wartościowania, po prostu opisuję pewien stan rzeczy), nie bawią mnie niektóre akcje, niektóre zachowania mnie dziwią, czasem aż potrafią zniesmaczyć.
No i taka szersza refleksja, która jakoś tam się wiąże z tym, co do tej pory napisałem. Otóż, mając świadomość (bo wbrew pozorom ja wcale naiwny nie jestem), że sprawiedliwość raczej nie funkcjonuje w tej rzeczywistości, w której się wszyscy poruszamy, chcę podzielić się jednak z Wami pewną gorzką konstatacją. I tutaj już nawet nie chodzi o mnie i moje "malutkie pretensje do świata", bo zjawisko jest znacznie szersze (ostatnio zresztą jakoś namnożyło się w mym otoczeniu sytuacji, które są smutną egzemplifikacją tegoż). A wszystko sprowadza się do odpowiedzi na pytania: co współczesny człowiek ceni? Co jest dla niego ważne w drugim człowieku? Co wzbudza szacunek, a co jest uważane za nic nie warte? Jakie cechy, zachowania są hołubione, a jakie są "źle widziane"? Traktujemy innych podmiotowo, czy też jak przedmioty, zabawki, którymi można się chwilkę pobawić, a następnie wyrzucić i znaleźć sobie nową zabaweczkę?
Praktycznie od zawsze (a z pewnością od baaardzo długiego czasu) lubiłem obserwować ludzi, ich zachowania. W bardzo różnych sytuacjach. I powiem niestety tak: im mniej sobą reprezentujesz, im głupszy jesteś, im mniej w Tobie kultury osobistej, im bardziej traktujesz innych jak przedmioty... tym lepiej funkcjonujesz. Straszne, prawda? Patrząc na otaczającą mnie współczesność dochodzę do wniosku, że "im gorzej, tym lepiej". Zero refleksji, zero ambicji, zero chęci bycia lepszym, zero zasad, zero zwykłej ludzkiej życzliwości, takiego naturalnego (chociaż w tym momencie należałoby raczej powiedzieć o "wynaturzeniu", bo dla wielu osób to jest jakaś choroba najwidoczniej) ciepła prosto z serducha. Byle głośniej, byle bez sensu, byle porechotać (bo z normalnym śmiechem to nie ma wiele wspólnego), byle nie podchodzić do innych odpowiedzialnie, nie traktować innych podmiotowo, jak niepowtarzalne, czujące i myślące osoby. Ech... niestety w bardzo dużej mierze tak to wygląda. Smutne to wszystko i chore :/ ale cóż, cieszę się, że jestem obok tego wszystkiego, że tak nie robię, że wiem, co jest dla mnie ważne. Może miałbym o wiele łatwiej gdybym się "podłączył" do tego ogólnego zidiocenia, wyprania z uczuć, barbarzyńskiego pędu donikąd, ale nie o to przecież chodzi. Jakkolwiek patetycznie to zabrzmi: jestem dumny z tego, jaki jestem... i Yeti :P (niektórzy wiedzą ;))
A na koniec taka jeszcze jedna refleksja: to strasznie smutne i cholernie boli, kiedy człowiek się stara, daje z siebie wszystko (ale nie w sensie tej "debilnej jazdy bez trzymanki przez życie"), cały czas jest... i nic z tego nie wychodzi. Ciekawe, że tak łatwo ludzie zapamiętują kogoś "dzięki" jego durnej wypowiedzi, "błyskotliwej" nawijce (ale slangiem poleciałem :P), chwili w której ten ktoś akurat (często przypadkowo) był. No... ale tak jest łatwiej. A szkoda, bo tzw. drugi plan ma to do siebie, że jest jakąś przystanią dla ludzi, którzy widzą w innych właśnie ludzi...którzy cały czas są (i pomagają, chociaż najczęściej się tego nie zauważa)... którym zależy... i dlatego traktują innych poważnie... bo wierzą w wolność, samodzielność, rozumność. Sam kiedyś nie zwracałem uwagi na rzeczony drugi plan. I teraz wiem jaki to był wielki błąd...
No to tyle... idę posłuchać Milesa Davisa (tak wiem, dziwne to i mało trendy)...i Yeti :P